piątek, 17 lipca 2015

Svenskie obyczaje. Nieprzewodnik turystyczny Matki Rak.

Helka nie jest osobnikiem, którego można zabrać na wakacje gdziekolwiek. Jej zamiłowanie do niskich temperatur, atopowa skóra i nazwijmy to delikatnie-specyficzne wymagania żywieniowe sprawiają, że żadne pomysły w stylu: dwa tygodnie na Seszelach nie przychodzą nam do głowy. Tak właściwie z racji Helkowej diety, do niedawna nie przychodziły nam do głowy żadne plany na wakacje. Aż do czasu, gdy otrzymaliśmy zaproszenie do Szwecji (a było to prawdziwe zaproszenie, a nie grzecznościowe "wpadlibyście kiedyś do nas"). Kiedy wujaszek Robert zabukował nam bilety, nie było już odwrotu. Oczywiście, życie z Helką sprawia, że człowiek wie, iż nie może pozwolić sobie na "pójście na żywioł", w związku z czym promem wysłana została walizka pełna bezglutenowego jedzenia. Tak przygotowani stanęliśmy na szwedzkiej ziemi. A tam... zupełnie jak w Polsce. Takie jest pierwsze wrażenie. Gdyby nie gulgoczący język i dziwaczne napisy na znakach, człowiek mógłby się nie zorientować, że oto jest za morzem. Oczywiście, w miarę czynionych obserwacji okazuje się, że różnice występują, a po kilku dniach  Polak ma wrażenie, iż dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł się na innej planecie...

Korony.

Szwedzką  walutą są korony. Polak mieszkający w Szwecji i zarabiający w koronach, dość szybko pozbywa się fatalnego nawyku przeliczania ich na złotówki. Polak, który wpada do Szwecji na kilka dni, w dodatku zarabiający w złotówkach, przelicza wszystko. I tak okazuje się, że za kilogram piersi z kurczaka płacisz pięćdziesiąt kilka złotych, co zmienia tanie danie  w ekskluzywny smakołyk, trzy burgery z frytkami i colą to coś około stu czterdziestu złotych, a wypad trzyosobowej rodziny do wesołego miasteczka to jakieś sześćset złotych, nie licząc niespodziewanych atrakcji typu jedzenie, czapeczka z wiatraczkiem, ,,słodziunie plusacki" itd. Pomysł, by wszystkim znajomym i rodzinie przywieźć piękne pamiątki przechodzi przeciętnemu Polakowi już po pierwszej wizycie w sklepie. Rak zapytany o to, która atrakcja Grona Lundu sprawiła, że był bliski paniki i czuł, że zaraz wyskoczy mu serce, bez mrugnięcia okiem odpowiada: płacenie przy kasie. Inna sprawa, że odkąd wróciliśmy, wszystko wydaje mu się śmiesznie tanie. Hojny się zrobił jak nigdy!

Jedzenie.

Nie zrozumcie mnie źle-ja naprawdę nie mam nic przeciwko cynamonowi. Nawet lubię cynamon, ale na Boga, nie do wszystkiego! Po kilku dniach miałam wrażenie, że czuję go nawet w zwyczajnym chlebie (nadzwyczajnym jeśli chodzi o cenę, oraz nadzwyczaj paskudnym, jeśli chodzi o smak). 

Gdzie są Szwedzi?

Bywają miejsca, w których uświadczenie blond Svenssona graniczy z cudem. Szwecja jest prawdziwym kulturowym tyglem. Dumni ze swojej tolerancji Szwedzi, w niektórych miejscach zdają się być mniejszością. I tak sklepy z pamiątkami przy starówce prowadzone są niemal wyłącznie przez ludność skośnooką (nie będę nawet strzelać skąd pochodzącą, w końcu i tak oni wszyscy wyglądają tak samo), personel barów i restauracji to śniadzi brodaci mężczyźni oraz czarnookie piękne dziewczyny, a goście parków rozrywki to już totalna zbieranina. Wszystkie kolory, języki i orientacje, jakie przychodzą Wam do głowy. Nienawykła do widoku kobiet zachustkowanych po szyję  Helka, powodowana niegrzeczną ciekawością, wodziła wzrokiem tak intensywnie, że nie tylko baliśmy się, aby nie wyszła na niegrzeczną, ale aby nie skręciła sobie karku. Inna sprawa, że w Szwecji nie istnieje coś takiego jak niegrzeczne dziecko...

Svenskie dzieci.

Wbrew niektórym pogłoskom, Szwedzkie dzieci nie mają rogów. Sądząc po nabożnym podejściu Szwedów do dzieci, trafniejszą byłaby pogłoska, jakoby miały one aureolki. To również bzdura. W rzeczywistości to Szwedzcy rodzice mają aureole-znak świętości. Jako, że w Szwecji panuje komuna ( przyjazna i ładnie oprawiona, ale zawsze), normalnym widokiem są kolejki. W Polsce stanie w kolejkach również ma długie tradycje, wiąże się jednak z cwaniakowaniem, wpychaniem w ogonek, narzekaniem i kłótniami. Szwedzi stoją cierpliwie. Łagodnie uśmiechają się do współstaczy, pilnują, aby nikomu nie zagrodzić drogi. Rezultat jest taki, że polskie kolejki stoją, stoją i stoją, natomiast szwedzkie cały czas są w ruchu. Gdzie w tym wszystkim dzieci?-spytacie. Ano stoją razem z rodzicami. Polskie wydzierają japę i pytają sto razy na minutę -mamoooo, długo jesce?, ewentualnie chwytają rodzica za ręce urządzając z nich rodzaj wyrzutni dla swoich ciał -juhuuu, wyzej, das ladę mamo!. Szwedzkie dzieci reprezentują zgoła inny sposób na nudę. Mianowicie-depczą rodzicom po stopach. Nie, nie jest to wynik dreptania w miejscu i przypadkowych nadepnięć, a zakrojona na szeroką skalę akcja, mająca na celu  eksplorowanie pokładów rodzicielskiej cierpliwości. I tak stoisz w kolejce do rollercoastera obserwując spektakl. Sześcio-siedmioletni chłopiec o blond czuprynie mierzy uważnie. Przystawia stopę do buta matki, po czym unosi ją mocno do góry i łuuuuup! Matka uśmiecha się do synka i odsuwa krok do tyłu. Po chwili blond stwór powtarza czynność ze złośliwym uśmiechem. Matka znów obrywa, przy czym na wykrzywioną bólem twarz niemal natychmiast przywołuje uśmiech i głaszcze chłopca po policzku. Za trzecim łupnięciem kobiecina ma łzy w oczach i przemawia delikatnym głosem-ojojoj, znaczy, że boli. Co dzieje się dalej-nie wiem, bo właśnie wystałam swoją kolejkę. Zostawiam Svenską mamę życząc jej jak najlepiej i zastanawiając się, jakie prochy bierze?! I co, myślicie, że w przypadku matki Polki takie zachowanie dziecka zostałoby "nagrodzone" wyprowadzeniem z kolejki? Dobrze myślicie, ale w Szwecji-nie radzę. Jako, że Raki należą do ludzi głośnych i hałaśliwych, stanowili dla cichych Szwedów tak samo egzotyczne zjawisko. Szwedzi nie tylko nie krzyczą na swoje dzieci, ale również nie krzyczą do nich. I tak matka Rak drąca gębę: -Helkaaaa! Wracaj! Nie wolno na to włazić!-równa się kilkanaście życzliwych, ale czujnych niebieskookich spojrzeń. Pomna nagłówków w stylu ,,Włoch szarpnął za rękę syna- przesiedział trzy miesiące w sztokholmskim areszcie", zmienia natychmiast ton i najłagodniej jak potrafi przemawia: Helusiu, zejdź z tej barierki. To niebezpieczne, możesz spaść. Oczywiście, Helka, która ma w nosie krzyk, gardzi również łagodną perswazją- czyli jedyną powszechnie akceptowalną formą wywierania na dziecko nacisku. Formą-dodajmy- równie skuteczną, co upuszczanie krwi chorym.

Inną kwestią jest sprawność, wytrzymałość i odwaga małych Szwedów. Place zabaw na polskich podwórkach to zaokrąglone kanty, litel tajks, gąbki i sto procent bezpieczeństwa. Na Szwedzkich dzieci mają okazję nabijać guzy, kolekcjonować strupy a nawet rozbijać sobie głowy. I co? Ano nic z tych rzeczy. Te małe łobuzy są sprawne i pewne siebie. Ze szczęką opadłą do podłogi obserwowałam chłopców, którzy schodzili z rozbujanej do ,,podbitek" huśtawki robiąc salto. Małe dzieci, które w Polsce mogłyby liczyć co najwyżej na przejażdżkę autkiem na dwa złote, jeżdżą tam na rolercoasterach po których dorosły Polak dostaje palpitacji. Nie muszę chyba mówić, że ten stan rzeczy bardzo odpowiadał córce? Po tym jak z uśmiechem na ustach zlała z ustrojstwa, które wciągnęło ją kilkanaście metrów w górę, po czym zrzuciło na sam dół stwierdzam z pełnym przekonaniem- Helka to typowy rozwydrzony szwedzki dzieciak.

Strefy wolne od dzieci?

Wstawienie do niektórych polskich restauracji przewijaków i krzesełek dla maluchów sprawiło, że rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja na temat "stref wolnych od dzieci". Ludzie poczuli się przytłoczeni. Podjazdy dla wózków i brak mandatów za przewijanie niemowląt w miejscach publicznych sprawiły, że Polacy zaczęli kręcić nosami i przejawiać niezadowolenie z powodu coraz częstszej i odważniejszej obecności matek z dziećmi w przestrzeni publicznej. I na nic zda się tłumaczenie, że przewijaki, podjazdy i krzesełka dla dzieci to w polskich realiach nadal rzadkość! Co innego w Szwecji! Tam strefa wolna od dzieci nie istnieje. Każdy park, muzeum, instytucja oferuje szereg udogodnień. Przewijaki są montowane również w męskich toaletach, a ogólnodostępne stołówki z  mikrofalówkami do podgrzewania posiłków to norma. Szwedzi są "pudełkowi", tak jak Raki. Mam na myśli pudełkowość dietetyczną. Zawsze taszczymy ze sobą Helkowy prowiant, co sprawia, że często ludzie patrzą na nas jak na kosmitów, natomiast w Szwecji ten sposób żywienia jest na porządku dziennym- mnóstwo ludzi rozkłada koce w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, wyjmuje z toreb pudełka i rozpoczyna piknik. Rak podpowiada mi, że wolne od dzieci mogą być bary ze striptisem, ale, jako że nie byłam, nie dam sobie ręki odciąć. A nuż przewijak znalazłby się i tam?

I po ostatnie- uważaj co mówisz!

Komentowanie innych to typowa przywara Polaków. Oczywiście, zazwyczaj wypieramy się jak żaba błota, ale w skupisku ludzi tak innych od nas, pierwotne odruchy biorą górę. Nie radzę im folgować. 
-Kaśka, zoba na nią! Pot mi po tyłku spływa, a ona jest na basenie w dresie i chustce...
-dżeń dobry, ja bardzo dobzie znam polski, bo moja ziona jest ze Ściecina...





sobota, 27 czerwca 2015

***

Helka z zaangażowaniem wykonuje polecenia personelu medycznego. Pani doktor osłuchuje, mała ze świstem wciąga powietrze. Ciśnienie? Nie ma sprawy-wątła rączka wciska się w zbyt duży rękaw aparatu. Wypić następną porcję mleka? Proszę bardzo, przecież to dobre! Cieszymy się wszyscy. Helka-bo picie mleka przyjemne, Matka Rak i pani doktor- bo prowokacja idzie wyśmienicie. Właśnie do Helkowego brzucha trafia kolejna porcja białego płynu. Suma wszystkich dawek to przeszło sto mililitrów! Po każdej rzecz jasna badania i obserwacja. Żadnych niepokojących objawów. Matka Rak oczyma wyobraźni widzi tort urodzinowy z mlecznym kremem, ser, jogurty. Cieszy się na myśl o przyszłych śniadaniach-ileż to nowych możliwości. I kiedy już wydaje się, że mamy przełom, Helka przestaje współpracować. Nagle osuwa się na krzesełko i wodzi nieprzytomnym wzrokiem po ścianach. To najgorsza z możliwych reakcji. Żwawa i hałaśliwa dziewczynka przestaje kontaktować. Ziewa rozdzierająco, z nosa cieknie jej woda, na siłę otwiera przekrwione oczy. Chwytam ją i w jednej sekundzie wpadam do dyżurki. Lekarz pojawia się natychmiast. W użyciu standardowo sterydy i przeciwhistaminowe. Helka ledwie stoi na nogach, ale posłusznie łyka lekarstwa. Nie mówi nic, co samo w sobie jest stanem wyjątkowym. Pani doktor uspokajającym tonem mówi-może po prostu zmęczona. Mam ochotę na nią wrzeszczeć. Przecież zmęczona Helka to tajfun! Hałaśliwy, niszczycielski i pełen energii. Ta słaniająca się na nogach dziewczynka to nie jest zmęczona Helka, to bardzo chora Helka. Zaalarmowana ordynatorka spokojnym tonem mówi do mnie- wszystko mamy pod kontrolą, a potem ciszej do pielęgniarek- przygotujcie adrenalinę na piętnaście kilogramów. W razie czego macie dwie minuty. W tym momencie wstrzymuję oddech. Z napięciem wpatruję się w twarzyczkę Helki. Wszyscy się wpatrujemy. Sekundy dłużą się niemiłosiernie. Wreszcie po kilku minutach słyszę nieśmiałe: a dostanę duzo naklejków za odwagę? I ten wiatlacek tez bym chciała. Ze świstem wypuszczam powietrze. Pielęgniarki chowają strzykawki. Czas znów zaczyna płynąć zwykłym tempem. I kiedy jest już po wszystkim, kiedy wiem już, że będzie dobrze, pękam na milion kawałeczków. Rozsypuję się i rozpadam. Jestem kompletnie bezsilna. Tym razem to ja z trudem utrzymuję się na nogach. Helka podskakuje i urządza sobie bęben ze stołka. Próbuje ściągnąć z szyi pani doktor naszyjnik z motylkiem. Śpiewa. Jeszcze godzinę spędzamy pod opieką w dyżurce. Uśmiecham się i mówię, ale w rzeczywistości czuję się bezradna i pusta. Znów okazało się, że nic nie wiem. Znów strach ścisnął gardło i przyczaił się na piersi. Właśnie skończyłam trzydzieści lat, a czuję się jak bezsilna staruszka. Znów zbieram się-kawałek po kawałku. Do kupy. Wiem, że jeszcze kilka tygodni będę miała przed oczami zaczerwienioną i oszołomioną twarzyczkę Helki. A potem wepchnę to wspomnienie najgłębiej jak się da. Ze spokojem będę pakować do żółtego plecaczka bezglutenową bułkę, wodę i strzykawkę-jak zwykle. Znów będę silna.

środa, 3 czerwca 2015

Nieporadnik Matki Rak. Odchudzanie. Jak nie schudnąć. Pięć podstawowych kroków.

Doskonale orientujecie się, że Matka Rak nie jest ekspertem. Nie uzurpuje sobie prawa do wygłaszania jedynych słusznych racji w żadnej dziedzinie. No chyba, że w nieodchudzaniu. Nieodchudzałam się na tyle sposobów, że śmiało mogę robić za autorytet. A zatem, zapraszam wszystkie adeptki trudnej sztuki nieskutecznego obniżania masy ciała na krótki tekst o najskuteczniejszych metodach.

1. Liczenie kalorii.
Absorbujące i urocze hobby. Znam kobiety, które nie muszą już nawet posiłkować się pomocami dydaktycznymi w postaci dołączanych do kolorowych pisemek tabeli. Wyrwane ze snu wyrecytują jak mantrę: ptasie mleczko 432, jabłko 53, kanapka z boczkiem 400... . I co z tego? Ano nic. Bez względu na to jak dobrze będziesz znać indeks glikemiczny, kaloryczność, zawartość tłuszczów i cukrów, nic Ci to nie da. Nikomu jeszcze nie udało się schudnąć od samego liczenia. Próbowałam.

2. W drodze wyjątku...
W drodze wyjątku zjem to ciastko. W drodze wyjątku nałożę sobie czwarty kawałeczeczyniuniek (taki maleńki, że normalne zdrobnienia nie oddają jego skali) tortu czekoladowego. W drodze wyjątku opierdzielę tę golonkę- nie można przecież odmówić sobie wszystkiego. I wszystko byłoby dobrze, gdyby droga wyjątku trafiała się raz w miesiącu. Niestety, nie trafia się. Droga wyjątku zaczyna się najczęściej w drugim dniu diety (bo zaczęłam się odchudzać w piątek a nie pomyślałam, że w sobotę wesele, bo przecież nie będę katować się dietą w urodziny siostrzeńca, bo mąż wjechał do kfc, przecież nie będę patrzeć jak sam się truje tym syfiastym kubełkiem, pomogę chłopinie...). Strach przed życiem bez słodyczy i tłuszczów jest tak silny, że zamiast na dietę przechodzimy na drogę wyjątku. Rezultat? Po dwóch tygodniach odchudzania przestajesz mieścić się w spodnie. Przerabiałam.

3. Nie jem. Ja tylko próbuję.
Po bezskutecznym liczeniu kalorii oraz diecie "w drodze wyjątku" nadchodzi czas na wytoczenie najcięższych dział.Zwłaszcza, jeśli podczas ostatniej przymiarki okazało się, że spodnie w kant stały się dla ciebie legginsami, a jedyny pasek zdolny cię objąć możesz kupić w castoramie. Patrzysz w lustro a uczucia które tobą targają to zlepek rozpaczy, nienawiści i obrzydzenia. -to koniec- mówisz do siebie.-od dzisiaj nie jem NICZEGO! Oczywiście, jesteś matką i żoną. Sama możesz sobie nie jeść, ale rodziny nie porzucisz na pastwę głodu. Gotujesz zatem. I próbujesz. Zupę- jakieś 68 razy. Jakby to zliczyć, wyszłoby półtora litra, ale kto by to liczył? Nie nałożyłaś sobie przecież na talerz, więc NIE JADŁAŚ. Możliwe, że mąż zapyta, dlaczego co drugi kotlet (z trzydziestu sztuk, żeby było na kilka dni) jest uszczknięty. Jak to dlaczego? Próbowałaś, czy już usmażone. Z mielonymi nigdy nic nie wiadomo. Tak prowadzona dieta ma wiele plusów (nie czujesz głodu, nie jesteś poddenerwowana) oraz tylko jeden minus- nie chudniesz. Stosowałam.

4. Mikro porcje.
Jesteś doświadczona. Stosowałaś już wiele nieskutecznych metod. Ostatnio wyczytałaś, że aby skutecznie stracić na wadze nie można odstawić jedzenia całkowicie. Małe porcje- oto tajemnica sukcesu. Idąc za ciosem nakładasz obiad na spodek od filiżanki. Zwykły widelec jest zbyt potężny, aby obsłużyć tę nędzną porcyjkę. Zwijasz w rulon banknot (a jeśli to koniec miesiąca karteczkę z notesu samoprzylepnego), przykładasz do nosa i wciągasz zawartość talerza. Nie czujesz absolutnie żadnej różnicy, co oznacza, że działka była za mała. Powtarzasz operację. Do skutku. Do najedzenia. Przecież chcesz się tylko odchudzić, a nie zniknąć całkowicie. Nie można przemilczeć faktu, że metoda małych porcji przewiduje pięć posiłków dziennie. W życiu nie byłam tak nażarta, jak podczas odchudzania małymi porcjami! Tyle, że nie schudłam.

5. Diety odchudzające.
Wszystkie diety odchudzające są skuteczne. Schudniesz na Ducanie, truskawkowej, owsianej, kapuścianej, Kwaśniewskiego, owocowej, a nawet tłuszczowej (autentyk-znam ludzi, którzy odchudzili się smalcem).  I co z tego, że schudniesz? Ano, nic. Znowu lipa. Wie o tym każdy, kto po tygodniach jedzenia serków wiejskich, owsa pod milionem postaci lub owoców (one też się przejadają) wraca do starych nawyków. Najpierw ze zdziwieniem stwierdzasz, że nie przytyłeś po zjedzeniu pizzy, a potem tracisz czujność. Jako, że restrykcyjna dieta odchudzająca bywa monotonna i uciążliwa (oraz najczęściej niezdrowa), nie sposób przyjąć jej na resztę życia. Powoli (albo zupełnie szybko) wracasz do swojej diety (tej, która sprawiła, że dotarłaś do stanu, w którym odchudzanie było koniecznością). I co? JOJO. Bo w gruncie rzeczy schudnięcie jest łatwe. Trudniej utrzymać to, co się osiągnęło. 

Zła wiadomość na koniec.
Istnieją ludzie, którzy po prostu są szczupli. Jedzą co chcą i ile chcą, a mimo to ich brzuchy są płaskie a uda smukłe. Oczywistym jest, że reszta (czyli my-normalni) nienawidzimy ich z całego serca. Żeby osiągnąć i zachować to, co oni mają od życia za free, musimy nie tylko schudnąć, ale również przemeblować nasze żywota, zmienić nawyki i ruszyć tyłki. Nie jest to sprawiedliwe, ale niezbędne. Nie powiem Ci jak to zrobić, bo nie wiem. Sama jestem gdzieś pomiędzy wprowadzaniem zdrowych nawyków a jojo. Cholera wie, na którą stronę przeważy się szala. Wiem jedno-zdecydowanie się na bycie szczupłym to robota na całe życie. Jeśli nie jesteś na to gotowa, a mimo to nie zadowala Cię to jak wyglądasz, możesz z powodzeniem stosować powyższe metody-w ramach oszukiwania samej siebie, rzecz jasna, bo przecież od nich nie schudniesz;)



wtorek, 26 maja 2015

List do M.

Pamiętam czasy, kiedy Twoją gładką twarz okalały złote loki. Miałaś oczy błękitne jak wiosenne niebo i nogi szczupłe jak u modelki. Byłaś najpiękniejsza w świecie. Pamiętam również chwile, kiedy miałam Cię na wyłączność. Razem kleiłyśmy w kuchni róże karnawałowe, robiłyśmy kukiełki z ziemniaków i skrawków materiału, wycinałyśmy stempelki (te kartofle takie uniwersalne!). Nie, nie zawsze było tak miło. Bywałaś zołzą. Najgorzej wspominam czesanie. Ależ Ty mnie ciągnęłaś! Najgorsze było to ostatnie pociągnięcie szczotką- od spodu...brrr. Pamiętam chwile, w których byłaś najsłodszą i najlepszą z istot, a także te, gdy nie starczało Ci cierpliwości i siły. Pamiętam Twój śmiech, Twoje łzy, Twoją radość, złość, dobroć i gniew. W końcu zawsze byłaś tylko człowiekiem. Byłaś nim także wtedy, gdy nastąpiła mała apokalipsa. Nie wiem i nie chce wiedzieć, co czuje matka słysząc diagnozę swojego dziecka-rak. Wiem, co czuje starsza siostra, ale to chyba za mało, żeby zrozumieć. I jakby ten jeden cios to było mało, zaraz potem Ty i my wszyscy oberwaliśmy od losu po raz drugi- wada serca, operacja, niebezpieczeństwo. Takie scenariusze może pisać tylko życie, bo żaden szanujący się scenarzysta nie wpadłby na to, aby jedną kruchą bohaterkę obarczyć takim ciężarem. To by się nie sprzedało. Nikt by w to nie uwierzył. Pamiętam tamten okres jak przez mgłę. Łysą głowę małej siostrzyczki, ogromną bliznę na ciałku kilkumiesięcznego braciszka. Ciebie nie pamiętam. Nie ma się co dziwić. Krążyłaś gdzieś między Warszawą a Gdańskiem, bo tam leżały Twoje dzieci. Nie zawsze starczało Cię dla tych, które zostały w domu. Byłaś tylko człowiekiem. Zmęczonym czuwaniem przy szpitalnych łóżkach, słuchaniem diagnoz które brzmiały jak wyroki, walką o względną normalność w całym tym bałaganie. Dziś ogromna niegdyś blizna, to tylko mała szrama na plecach dorosłego faceta. Łysa przed laty głowa to teraz owłosiony łepetyna wytatuowanej hippiski. I ta trójka przez którą nieraz miałaś wyrzuty sumienia, też wyszła na ludzi. Dałaś radę. Do teraz nie wiem, jakim cudem. Zwłaszcza teraz. Bo wiem już jak to jest drżeć o dziecko, nawet gdy śpi w drugim pokoju, znam za dobrze szpitalne łóżka, znam lęk o życie malucha, wiem jak to jest, gdy twoje serce żyje sobie obok, w drugim człowieku. I ni cholery nie potrafię sobie wyobrazić jak to jest pomnożyć to przez pięć.  Po wszystkim co przeszłaś, powinnaś być rozdygotanym kłębkiem nerwów, a Ty się trzymasz! I stać Cię na pogodę ducha, na optymizm, na uśmiech, na odważne patrzenie w przyszłość. Obronną ręką wyszłaś z najgorszej zawieruchy, nie tracąc przy tym ani odrobiny ze swojej wielkości. Bo jesteś wielka. Nigdy nie odkryłam w Tobie ani odrobiny złośliwości lub cynizmu (a wiem jaka to trucizna, bo sama z nią walczę). Nigdy nie byłaś małostkowa ani mściwa, nawet wtedy, gdy nikt nie miałby o to pretensji. Zbierałaś cięgi i coraz wyżej trzymałaś głowę. I zawsze pokazywałaś klasę, wyciągając rękę do ludzi, którzy traktowali Cię źle. Nie ma na świecie człowieka, któremu zrobiłaś krzywdę, jest za to piątka, która wie, że zawsze może na Tobie polegać. Że w razie potrzeby, nie bacząc na ból pleców ruszysz z odsieczą. Bo taka już jesteś. Niezłomna. W Dniu Matki życzę SOBIE być taką jak Ty.

poniedziałek, 25 maja 2015

Diebelskie nasienie.

Szczerze powiedziawszy-dziwię się, że dopiero teraz. Znam moje dziecko na tyle dobrze, żeby nie robić wielkich oczu i nie chrzanić głupot w stylu: co? Moja córeczka nigdy by tego nie zrobiła! Ale o czym mowa? Czego się czepiam dzieciaka? Ano, dziś po raz pierwszy z hukiem wyleciała z zajęć. Tak skutecznie sabotowała lekcję  baletu, że doprowadzona do ostateczności instruktorka wykopała ją za drzwi. Oczywiście, były łzy wielkie jak grochy oraz nieszczere przeprosiny. I naturalnie- poważna rozmowa.
-co się wydarzyło na zajęciach?
-byłam niegzecna. Nalpiew lezałam sobie na ślodku, a potem zacepiałam dziewcynki.
-pani prosiła, żebyś się tak nie zachowywała?
-tak, duzo lazy ale jej nie słuchałam.
-czyli rozumiesz, dlaczego pani cię wyprowadziła z sali?
-tak, lozumiem. Pseskadzałam wsystkim.
-a czy ty chciałaś już wyjść?
-nie, ja chciałam zostać!
-no widzisz, są pewne zasady. Jeśli je łamiesz, nie możesz chodzić na zajęcia. Musisz pomyśleć o swoim zachowaniu.
-dobze, ale może jutlo, bo juz dzisiaj nie mam casu.
-Hela! Jeśli takie zachowanie powtórzy się na następnych zajęciach, nie będziesz więcej na nie chodzić. Nie możemy pozwolić na to, żebyś przeszkadzała innym dzieciom. Nie możesz zachowywać się jak łobuz.
-a może lepiej posukamy nowych zajęć? Takich, na któle psyjmują łobuzów?

Jakieś propozycje? Tylko oprócz poprawczaka...

Ps. Dziadkowie są z ,,osiągnięcia" wnuczki niezmiernie ucieszeni. Twierdzą zgodnie, że po pierwsze: instruktorka najwyraźniej nie radzi sobie z dziećmi (padła nawet propozycja, żeby to ją wykopać za drzwi), po drugie: Helka to indywidualistka skazana na sukces i właściwie to dobrze, że nie słucha nikogo oprócz siebie, bo cytuję: dzieci nie są od tego, żeby wypełniać rozkazy. Szkoda, że te poglądy dojrzewały w nich tak długo. Z tego co pamiętam, za czasów mojego dzieciństwa nie byli tak liberalni;p

środa, 20 maja 2015

Nawrócona.

Otwieram drzwi lodówki i wyjmuję słoik dżemu. Jeszcze nie ruszany, dziewiczy. 
-Michaaaał!- wołam, ale po sekundzie namysłu chwytam za nakrętkę. Po chwili wieczko odskakuje z głośnym kliknięciem. Wybałuszonymi ze zdumienia oczami patrzę to na otwarty słoik, to na nakrętkę. Przybyły na wezwanie Rak również nie kryje zdziwienia:
-otworzyłaś słoik. Sama.
-o kurwa, mam moc!

....................................................................................................................................................................

Schudło się Matce Rak. To był moment, w którym pogodziła się z faktem, że już zawsze będzie za gruba na szczupłą, za szczupła na puszystą. Ot, kobita w rozmiarze L. Owo pogodzenie się sprawiło, że na charytatywną zbiórkę odzieży trafiły wszystkie eSki i XeSki . A potem nagle, bez większego wysiłku waga spadła o jakieś dwanaście kilo. Ot, trochę nerwicy, szczypta kurwicy,alergia, dwie przeprowadzki w ciągu półrocza, oraz drugie "moja firma właśnie ogłosiła upadłość" w ciągu roku. Niestety wraz ze zmianą wagi moje ciało zmieniło również stan skupienia. Na półpłynny. Okazało się bowiem, że zrzucić dobrą dychę z dwudziestoletniego tyłka, to nie to samo, co zrzucić ją z trzydziestoletniego. I tak stanęłam przed schizofreniczną sytuacją: waga mówiła ,,stara, dobrze jest, tak trzymać!", a lustro ,,are you fucking kidding me?". Lustro miało rację. Brzuch, jeszcze niedawno napięty, choć okrąglutki przelewał się smętną fałdą za pasek spodni. Dupsko wyraźnie zmniejszyło odległość do kolan, a skóra na ramionach majtała się przy każdym ruchu jak peleryna u Batmana. Matka Rak nie należy do osób działających pochopnie, poza tym, miała nadzieję, że się ,,wchłonie". Po kilku miesiącach oczekiwania, aż samo się, uznała, że nie ma co liczyć na cud. I tak dokładnie miesiąc temu, kobieta, która siłownię widziała jedynie na amerykańskich filmach, pojawiła się na pierwszych zajęciach...

...........................................................................................................................................................

Jak wiele kobiet wyobrażenia na temat zajęć fitness opierałam na popularnym niegdyś klipie ,,Call on me". Tego mniej więcej się spodziewałam, stając w drzwiach sali do ćwiczeń. Że będę jedyną lebiegą z wiszącym cielskiem. Że będę śmieszna i żałosna na tle wysportowanych lasek rodem z hollywodzkich filmów. Ze zdziwieniem i ulgą stwierdziłam, że wśród zebranych kobiet ani jedna nie wygląda jak panie z teledysku. Są za to: grube, chude jak patyki, stare, młode, ładne, nieładne, długowłose, krótkowłose, rude blond i siwe-innymi słowy, zwyczajne kobiety, jakie co dzień mijamy na ulicach. Nieco podniesiona na duchu zajęłam stanowisko (naturalnie w najdalszym kącie sali, z dala od ludzkich spojrzeń). Po chwili weszła instruktorka. Ona też nie wyglądała jak laski od Erica Prydza. A chuda! Ja z moim minus 12 nadal wyglądam przy niej jak czołg. Każdy ruch, gest, skinienie ręki sprawiał, że pod skórą drobniutkiej kobiety poruszały się żelazne mięśnie. No i się zaczęło! Pierwszy kryzys nastąpił mniej więcej w piątej minucie. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że muszę napić się wody, inaczej odpadną mi ręce. Kiedy tempo ćwiczeń wzrosło, byłam przekonana, że nie tylko nie dotrwam do końca, ale zejdę w trakcie na zawał. Instruktorka zaczęła dodatkowo używać obcego języka: single, dwa na dwa, zatrzymaj na trzy, krótki ruch itd. Wreszcie wykrzyknęła: deska! No, kurna, wiem, że nie mam za dużo, ale żeby tak? Okazało się jednak, że wcale mnie nie wołała, że deska to takie ćwiczenie. -wygląda na łatwe-pomyślałam opierając się na rękach. O luuuudzie! Po kilku sekundach wszystkie części ciała drżały w spazmatycznych skurczach. -oddychamy spokojnie-krzyknęła instruktorka. W tym momencie padłam plackiem na materac. -to ja miałam oddychać?! Jakim, kurna cudem?! Unosząc się z materaca zerknęłam na twarz w lustrze. Lico koloru buraka i przerażone oczy zadające pytanie: po jakie licho? Jakieś 3/4 pierwszych zajęć spędziłam na przewracaniu się na materac, udawaniu, że sznuruję buty oraz piciu wody, a i tak wracając do domu czułam się jakby coś mnie rozjechało. Każdy staw, mięsień i ścięgno dygotało. Kilkanaście godzin później całości dopełniły takie zakwasy, że klękajcie narody. I wciąż nie wiem, jakim cudem udało mi się zmusić samą siebie do pójścia na kolejne zajęcia. Możliwe, że to skąpstwo. W końcu karnet za darmola nie był.
................................................................................................................................................................

Miesiąc później ja, człowiek, który nie odkręcał samodzielnie butelki wody mineralnej, mam moc. Brzuch przestał żyć własnym życiem, a tyłek dzielnie walczy z grawitacją. I mam mięśnie! Póki co, jeszcze dobrze ukryte, ale są! I to kochani nie jest wszystko! NIC MNIE NIE BOLI! Ani stawy, które bolały od dziecięctwa, ani plecy, które bolały od czasów ciąży. Nie dręczą mnie skurcze, nie pamiętam zakwasów. Chodzę za to wyprostowana jak struna. I jest mi dobrze. 3-4 razy w tygodniu pakuję torbę i uciekam. Przed Helką, przed domem, przed Rakiem. Żeby było jasne, nadal nie lubię ćwiczeń, Uwielbiam za to moment, w którym słyszę: -koniec, byłyście świetne!

czwartek, 14 maja 2015

Odpowiedzialność małego człowieka.

Jak w każdy czwartek odstawiam Helkę  na zajęcia baletowe. Dzieciak pędzi na salę przytulać się koleżankami ( z tego co zdążyłam się zorientować, robi tam trochę za maskotkę), Matka Rak pędzi do dziury w okleinie drzwi, żeby podglądać. Podgląda nie tylko dlatego, że jara się własnym dzieckiem w trykocie, ale przede wszystkim dlatego, że mu nie do końca ufa. No bo jak tu ufać?
-Heluniu, jak było na zajęciach?
-Spaniale, byłam baldzo gzecna.
-To ciekawe, bo pani mówiła coś innego.
-tak? A co?
-że jej nie słuchasz i że się do niej wcale nie odzywasz.
-tak, to plawda.
-a wyjaśnisz mi dlaczego?
-bo pomyślałam, ze to będzie świetny zalt!
Abstrahując od tego, czy instruktorka dysponuje odpowiednim poczuciem humoru, aby docenić Helkowe żarty, Matka Rak podgląda, żeby wiedzieć co w trawie piszczy. Oczywiście, Helka nic o tym podglądaniu nie wie. I tak dziś z nosem przyklejonym do szyby oraz wypiętym tyłkiem (bo dziura znajduje się jakieś metr trzydzieści od ziemi) widzę następującą scenę:
Na środku stoi mała blondyneczka w koronie. Wszystkie dziewczynki łącznie z Helką wyśpiewują gromkie "sto lat". W rączkach solenizantki widzę pudło czekoladek. Żal mi już serce ściska, bo wiem, kogo poczęstunek musi ominąć. Śpiew milknie, a rozbawiona Helka strzela w stronę instruktorki. Otwieram drzwi i tłumaczę, że uczulona, że nie wolno i tak dalej.
-wiem, Hela już mi powiedziała- mówi dziewczyna.
Patrzę na Helę. Rozchichotane dziewczynki częstują się cukierkami. Wśród nich biega równie rozchichotana Helka- bez cienia żalu. Cieszy się, bo już tak ma, że cudze urodziny cieszą ją niemal jak własne (niemal, bo nie inkasuje prezentów). Cień żalu pojawia się oczywiście w matczynym sercu. Na szczęście, szybko zastępuje go duma. Bo muszę być dumna, kiedy uświadamiam sobie, że moja trzy i pół letnia córka jest odpowiedzialna i dojrzała. Gdybym nie siedziała pod dziurą, to... nic by się nie stało. Bo Helka nie rzuci się na cukierki i ciastka tylko dlatego, że nie ma mnie w pobliżu.
Nie będę więcej warować pod dziurą. Ufam mojej córce. A instruktorka, no cóż. Lepiej żeby miała poczucie humoru...