wtorek, 15 listopada 2016

Epitafium na śmierć Matki.

Była sobie Matka. Zwyczajna-niezwyczajna jak wszystkie. Mocą pocałunków koiła ból stłuczonych kolan, ciepłem ramion odganiała złe sny. Jak każda matka, była silna. Jak każdy człowiek, była słaba. Ot, z krwi i kości. Pewnego dnia świat zatrząsł się w posadach i runął. I wtedy Matka wzięła górę nad człowiekiem. Bo człowiek mógłby usiąść i płakać, ale Matka? Matka nie pozwoli aby jej dzieci żyły w ruinie. Cegiełka po cegiełce odbudowała świat. To nic, że na niepewnym gruncie, przecież dzieci nie mogą żyć w zgliszczach. Na bezwłosą głowę założyła kolorowy turban, na zmęczoną twarz- kolorowy uśmiech. I żyła. A ileż w tym życiu było Życia! Gdy człowiek już uwierzy w to, że jest śmiertelny, dzień przestaje być tylko czasem, który trzeba wypełnić aby móc położyć się do łóżka, tydzień nie jest jedynie oczekiwaniem na weekend, nawet zima przestaje być tylko drogą do wiosny. Każdy oddech, chwila, każdy uśmiech, każde "mamo"- smakuje jak najlepszy szampan, upaja. Ale jest jeszcze ciało. Boleśnie ciągnie w dół. Zwija się z bólu. Płacze, gdy dzieci już śpią. Bo Matka przecież wie. Walczy, ale wie. Musi wiedzieć. Musi myśleć. Czyje pocałunki ukoją ból stłuczonych kolan, gdy zabraknie jej ust? Czyje ramiona odgonią złe sny, gdy zabraknie jej ramion?
I gdzieś tam wierzy, ale wiara to nie to samo co wiedza. Żyją w niej obie. Jedna każe jej walczyć o każdy kolejny wschód słońca, druga szuka pragmatycznych rozwiązań. Komu powiedzieć, że mały nie lubi kminku? Komu, że starszemu trzeba wyjmować niezjedzone kanapki z plecaka, bo przechowuje je tygodniami? I jeszcze trzeba zadbać o buty na zimę...może to już ostatnia?

I tak Matka wyrywa chorobie dzień po dniu. Cztery lata. Cztery lata radości, cztery lata smutku, cztery lata szczęścia, cztery lata cierpienia. Cztery lata życia. I niech nikt nie waży się napisać, że w końcu przegrała! Choroba nigdy jej nie złamała, nie osłabiła jej ducha, nie pokonała. Do końca stała z podniesioną przyłbicą. Aż przyszła Śmierć, a z tą nie można przegrać, bo i niepodobna z nią wygrać. 

I znów świat zatrząsł się w posadach i runął. Tym razem odbudują go inne ręce. Matka pokazała im jak. Zostawiła fundament ze skały.   




Pamięci A. Dzielnej Wojowniczki.

2 komentarze:

  1. Nie przegrala! Walczyla dzielnie, wiele moglismy sie od niej nauczyc :) wspaniala kobieta, zona, matka, sasiadka...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam ten wpis drugi raz i po raz kolejny mam łzy w oczach :( [*]

    OdpowiedzUsuń