wtorek, 27 maja 2014

Sztuka uwodzenia. Helena i mężczyźni.

Córka mi dorasta. Kwestionuje każde moje słowo, pyskuje i bywa nieznośna. Ewidentnie staje się kobietą. W dodatku podobną do mnie. Nie ma dnia, żebym nie usłyszała przynajmniej kilka razy  "zlobie to sama, umiem, jestem jus dolosła!". Zmienia się również podejście Helki do facetów. Nieśmiała się zrobiła, w dodatku nieśmiała w zalotny sposób. Wiecie co mam na myśli-trzepoce rzęsami, uśmiecha się wstydliwie, niby nie patrzy, ale rzuca powłóczyste spojrzenia. Ot, zalotnica! Chłopców na  podwórku i placu zabaw zaczęła traktować inaczej niż do tej pory. Niby chce, ale nie chce- no baba stuprocentowa. Ostatnio w ramach przełamania lodów oznajmiła pewnemu siedmiolatkowi: 
-kłopcyku, a wies, zjadłam na opiat głąbka!
Niemrawy chłopaczek nie zrozumiał, że to wstęp do dłuższej rozmowy, i bóg wie czego jeszcze. Popatrzył, zmarszczył brwi i uciekł. 
-spoko, Helko- pocieszam- za kilka lat jeszcze cię będzie prosił, żebyś mu o gołąbkach opowiadała!
W ramach zadośćuczynienia idziemy na huśtawkę. Po chwili w naszą stronę zmierza inny chłopczyk. Na oko pięcioletni. 
-oooo, to jes mój kolega, on idzie tu do mnie! -cieszy się Helka, a ja wiem doskonale, że widzi typa po raz pierwszy w życiu.
-ceść kolego kłopcyku-wrzeszczy na powitanie.
Kolega chłopczyk nie raczy odpowiedzieć, sadowi się za to na huśtawce obok. Po chwili pojawia się jego mama. Obie zatrudnione w charakterze darmowego silnika napędzamy sprzęt bujający. Dzieciak zaczyna opowiadać mamie o tym, co robił w przedszkolu. Helka przysłuchuje się przez chwilę, ale wreszcie dochodzi do wniosku, że należy dyskretnie i z wdziękiem zwrócić na siebie uwagę:
-cicho jus bądź- wrzeszczy- ja ci telas bendem śpiewała piosenke o ogólku zielonym!
I tu zaczyna się recital, którego z litości Wam nie przytoczę. Chłopaczek z huśtawki obok wymiękł przy ósmej zwrotce "jaworowych ludzi". Uciekł niewdzięcznik, nie wysłuchawszy koncertu do końca.
-on jus posedł do domku na obiat- stwierdziła niezrażona artystka.
Zabieram biedulkę na nasze podwórko. Żal mi dziewczyny, w końcu dostała dwa kosze w ciągu jednego popołudnia. Właśnie przymierzamy się do rozgrywki piłkarskiej, kiedy z klatki wychodzi mały Oskar.
-oooooo, Oskaze, psysedłeś do mnie!- woła córka.
Oskar staje jak wryty. Helka zmierza w jego kierunku szczebiocząc słodko:
-będziemy się lazem babiły kucykami...
Chłopiec mierzy odległość do zaparkowanego przy chodniku rowerka. Patrzy to na rower, to na Helkę. Wreszcie daje susa, wskakuje na swoją maszynę i tylko kurz po nim zostaje.
-Ooooooskaze, a dzie ty jedzies? Lacego tak sybko jedzies? Oskazeee, wlacaj tu!-krzyczy mała dama i rzuca się w pogoń. Przez następną minutę Oskar ucieka pedałując co sił w nogach, Helka co sił za nim goni, a matka Rak biega za Helką, ze strachu, że przytłoczony helkowym zainteresowaniem chłopiec nie wytrzyma napięcia i spróbuje rozjechać zalotnicę. Wreszcie małemu cykliście udaje się zgubić intruza. Intruz (czytaj Helka) sprawia wrażenie smutnego. Jak poprawić humor kobiecie?
.....................................................................................................................................................................
Kilka minut później siedzimy przy kuchennym stole i wcinamy lody. Jako matka dorastającej córki czuję presję. Powinnam coś powiedzieć.Oto nadszedł czas na pierwszą poważną rozmowę o związkach:
-widzisz Helu, faceci to głąby. Nie potrafią rozmawiać, nie potrafią słuchać, nie doceniają naszych starań. 
-lubię głąbki!-rzecze Helka zlizując truskawkowy sorbet z mankietu. 
 

niedziela, 25 maja 2014

Post kulinarny: manna na wodzie. Czas przygotowania: 4 dni. Poziom trudności: super hard.

Żeby nakarmić dzieciaka kaszą manną potrzebujemy:
-dzieciaka,
-manny,
-miseczki,
-łyżki.
Skarmienie manną Helki to już wyższa szkoła jazdy. Tutaj potrzebne jest profesjonalne zaplecze. A więc, należy przygotować:
-Helkę,
-mannę,
-miseczkę,
-łyżkę,
-wenflon,
-kroplówkę,
-inhalator,
-leki wszelakie,
-lekarza,
-ordynatora,
-dwie pielęgniarki,
-gabinet zabiegowy,
-maść barierową,
-wagę aptekarską,
-ciśnieniomierz,
-matkę.
Najwięcej trudności nastręcza naturalnie przygotowanie matki. Kobiecina od przeszło dwóch lat tropi upadłe okruchy, odkurza gościom obrus pod nosem (na wszelki wypadek), wpaja dzieciakowi, że gluten gorszy jest od domestosu, faszyzmu i MTV. A teraz co? Teraz ma podać Helce ni mniej, ni więcej, tylko truciznę, przez którą obie już nie raz płakały. Zgroza! 
Kiedy obiekcje matki zostają zwalczone, następują przygotowania. Do gabinetu co chwila zagląda jakiś członek personelu, żeby zobaczyć dziwadło, co to do zjedzenia kilku ziaren kaszy potrzebuje wenflonu i zespołu medycznego jak do przeszczepu serca. Dziwadło siedzi sobie na krześle i macha nogami. Wygląda całkiem normalnie. Śpiewa piosenki o Dorotce, ogórku i narkotykach. Wesołe, dzielne, chętne do współpracy. Obok przycupnęła spocona jak szczur, nerwowo zacierająca ręce matka Rak. Wreszcie procedura zostaje uruchomiona. Ciśnienie zmierzone, oględziny skóry całego ciała, stetoskop, gardło itd. Wszystko w normie, zaczynamy! Odmierzona ilość kaszy mieści się na czubku łyżeczki do herbaty. Matka Rak powstrzymuje się z trudem. Ma ochotę wyrwać łyżkę z ręki przemiłej skądinąd pielęgniarki i zbutować kobitę za próbę otrucia. Helka rozdziawia paszczę i połyka pszenną grudkę. Wszystkie wpatrujemy się w nią z uwagą. Śpiewa, tańczy, nakleja nam na ręce "dzielnych pacjentów". Mija trzydzieści minut i .............napięcie rośnie................uwaga, uwaga....................NIC. Zupełnie nic. Helka opowiada o naglodzie, którą kupimy w klepiku z babawkami. Matka Rak wypuszcza ze świstem powietrze, zapomniała bidulka o oddychaniu. Lekarz bada, ogląda, osłuchuje. Mierzymy ciśnienie-wszystko w normie. Kolejna bycza dawka, znowu to samo. Badanie, oglądanie, pomiary. I znowu nic. Lekarz decyduje- podajemy dalej. I wtedy pojawia się TO. Maleńkie, tuż przy uchu. Ni to ugryzienie, ni grudka. Niepozorne zupełnie. 
-zaczyna się!-mówi matka Rak.
-to malutkie? Nieeee, to chyba nie....a może?
-zawsze się tak zaczyna.
-ale nie podajemy leków, bo to małe jest....o, rośnie...
Pryszczyk rośnie. I zaczyna pączkować. Helka drapie się rączkami po twarzy, za każdym "drap" rośnie nowy bąbel. Po chwili wygląda już faktycznie jak dziwadło. Leki podane, obserwujemy. Zakończyła recital, nie chce już śpiewać. Skołowana i przestraszona przytula się do mamy. Po chwili śpi. Leki działają, skóra wraca do normy. Lekarz co chwila bada i ogląda. Stres mija, nerwy opadają. Sytuacja opanowana. Matka oddycha. Helka śpi. Ojciec zarabia na naglody na drugim końcu Polski. Życie wraca do normy. 
A Wy? Jak podajecie dzieciom kaszę mannę?


piątek, 16 maja 2014

Prawie jak walentynki...

Obudziłam się z niejasnym poczuciem, że to nie będzie dobry dzień. Coś jakby uwierało, paliło, ciągnęło. W pierwszej chwili wydawało mi się, że to ból istnienia, jednak po zajrzeniu do lustra okazało się, że nie. Ból nie miał żadnego związku z problemami natury egzystencjalnej (choć przez chwilę naprawdę podejrzewałam się o taką wrażliwość), był tylko towarzystwem dla rosnącego na brodzie OBCEGO. Zaskórnik wielkości młodej mirabelki wyraźnie naruszał symetrię twarzy. Złość, gniew, poczucie klęski- normalne uczucia w obliczu takiego dramatu-zawładnęły moim sercem. Jako, że należę do kobiet, które nie lubią cierpieć w milczeniu, natychmiast wylewam żal na akurat goszczącego w domu Raka. No, normalnie- obrywa biedak za to, że z lustra patrzy na mnie wykrzywiona syfiastą grudą gębą. Cierpliwy jest chłop, nie powiem ( a może po prostu przyzwyczajony?), ze stoickim spokojem wysłuchuje litanii pt.: W-MOIM-ŻYCIU-NIE-MA-ROMANTYZMU-NIGDZIE-NIE-WYCHODZIMY-CAŁYMI-DNIAMI-SIEDZĘ-W-DOMU-CZUJĘ-SIĘ-JAK-SPRZĘT-DOMOWY-ITD. Niby nie ma to większego związku z wyhodowaną na brodzie dynią, ale co się wyżyłam to moje, nie? Kilka godzin później, kiedy pierwsza rozpacz zostaje zażegnana, a problem nabiera właściwej rangi ( w końcu to tylko zwykły pryszcz, nieważne, że zwiększa masę ciała o jakiś kilogram), czuję wstyd, za ten poranny bezpardonowy atak na małżonka. Myślę sobie właśnie, jak by tu wynagrodzić biedakowi cierpienie, kiedy ten staje w drzwiach ( wróciwszy z zakupów) i woła:
-mam coś dla ciebie!
O cholera! Jeszcze mi niespodziankę sprawił! Wyrzuty sumienia zaraz mnie zabiją.
-lubisz ryby, prawda?-pyta z tajemniczą miną Rak.
-taaak, -odpowiadam a w myślach:
Już wiem- randka. Zabierze mnie do kina a potem na sushi, tak jak ostatnio obiecywał! Inaczej o tę rybę by nie pytał. Tylko co z Helką? Muszę zadzwonić do mamy, może przygarnie...
-tadaaam!Zobacz jaki ładny!-wyrywa mnie z rozmyślań tryumfalny okrzyk Raka. W jego rękach spoczywa... dwu i pół kilogramowy leszcz. Z łuskami, flakami i jeszcze ruszają mu się skrzela. Takie sushi, taka randka -rybę do oskrobania, wypatroszenia i usmażenia mi przyniósł!Wyobrażacie sobie? Wyrzuty sumienia przeszły jak ręką odjął, nawet dodałam kilka słów do porannej tyrady, niech ma na co zasłużył! Inna sprawa, że więcej się na brak rozrywek użalać nie będę- strach.

czwartek, 8 maja 2014

Suma wszystkich strachów...matka Rak Vs pająki.

Południe, Ocean Spokojny. Niewielka tratwa dryfuje wśród fal. Samotny rozbitek co chwila zarzuca grającą wędkę i wyławia plastykowe ryby. Tratwa dopływa właśnie w pobliże kanapy, kiedy nagle daje się słyszeć entuzjastyczny okrzyk:
-pajontek! Mamo, zobac to jest pajontek! Malutki, gidzis go? On sobie idzie!
Zaczynam się pocić. Nie mogę zareagować panicznie, bo nie chcę przekazywać dzieciakowi swoich fobii. Wystarczy jedna wariatka w domu!
-mamo, choć zobacyć!
Podchodzę. Kieruję wzrok w kierunku wskazanym przez helkowy paluch. Jest, widzę go. Bydle ma jakieś pół centymetra. Skręca mnie z obrzydzenia, ale mówię:
-faktycznie, to malutki pajączek. Fajny.
-wyzucimy go na dwól, niech idzie do swojego domku.
-tak, skarbie-mówię, a włoski na całym ciele stają mi dęba. Kolejny rzut oka na włochate monstrum przyprawia mnie o dreszcze. Pierwszy plan który przychodzi mi do głowy wygląda następująco: wyekspediuję Helkę do jej pokoju, schowam się za kanapą i będę rzucała kapciami. Kiedyś trafię. Jak wreszcie się uda, wciągnę obmierzłe truchełko za pomocą odkurzacza i wułala!  Nie ma ciała, nie ma zbrodni. 
-Heluniu,-mówię- idź do pokoju zbudować piękną wieżę z klocków. Mamusia wyniesie pajączka i trochę tu poodkurza...
-Nieeeeee, ja pomagam! Musis ziąć słoitek i wyzucić pajontka!
Fuck, greenpeace mi w domu rośnie. Nie ukatrupię stwora na oczach dzieciaka, tylko dlatego, że się go panicznie boje (stwora, nie dzieciaka). Zbieram się w sobie i sięgam po "słoitek" i gazetę. Stwór krąży po dywanie. Pewnie już dawno uciekłby w kąt, gdyby nie fakt, że Helka skacze wokół niego, tyka  paluchem i wrzeszczy:
-pajontku! A dzie ty idzies?!
Zaopatrzona w profesjonalny sprzęt do ratowania pająków przystępuje do dzieła. Kładę gazetę na dywanie i czekam. Pająk włazi na nią, a wtedy sprytna ja zamykam nad nim słoikową kopułę. Potwór wchodzi na ściankę naczynia i pokazuje wszystkie włochate odnóża w pełnej krasie. 
-ueeeeeee....aaaaa- wyrywa mi się. Czuję na ciele małe włochate nóżki. Strach i obrzydzenie sprawia, że zaczynam się drapać i dreptać w miejscu. Helka się śmieje:
-mamo, a dlacego tańcys?
-a tak sobie. Potem nauczymy się piosenki o pajączku.
Przystępuję do kolejnego etapu. Ostrożnie podnoszę gazetę i lokatora. Gazeta się wygina,między nią a gwintem słoika tworzy się szczelina, przez którą pryska włochata paskuda. Zaczynam piszczeć i rzucam wszystko jak najdalej od siebie. Helka w śmiech.
-mamoooo, lacego wyzuciłaś słoitek?
-wypadł mi, nie wyrzuciłam!
Wypatrzywszy uciekiniera zamykam go ponownie. Mogłabym darować i poczekać aż czmychnie gdzieś w kąt, ale świadomość, że on tu jest mogłaby doprowadzić mnie do nerwicy. Obmyślam kolejny plan. Gazeta nie wypali, dzieliłaby nas (mnie i potwora) zbyt bliska odległość. Wreszcie wpadam na genialny pomysł. Na lodówce wisi tekturowa miarka wzrostu. Długaśny, sztywny karton. Podłożę jeden koniec pod słoik, chwycę za przeciwległy i ostrożnie dociągnę toto do drzwi. Jak myślę, tak robię. Słoik przewraca się ledwie dwa razy, jednak ostatecznie udaje mi się dotrzeć do drzwi wejściowych. Otwieram je siląc się na spokój, Helka badawczo przygląda się moim poczynaniom. Wreszcie pozostaje ostatni etap. Słoik, miarka i zawartość tkwią przed wysokim progiem. Nie da rady przetransportować jej dalej metodą ślizgu. Muszę toto podnieść. Zachowując najwyższą ostrożność, delikatnie i powoli unoszę zestaw.... i jeb. Zrzucam wszystko ze schodów. 
-ooooo, znowu słoiczek mi wypadł, ale ze mnie niezdara!-piszczę nerwowo, bo Helka patrzy.
Odczekawszy chwilę, schodzę po fanty. Schody drewniane, słoiczek niewielki- na szczęście cały. Podnoszę upewniwszy się, że pusty. Miarkę trzepię milion razu. Wchodząc z powrotem obserwuję schody-a nuż zaczaił się na mnie?! Kiedy zatrzaskuję drzwi, zalewa mnie fala ulgi. Za nią nadciąga kolejna- dumy. Tak, poradziłam sobie znakomicie. Nie spanikowałam, pokazałam dziecku, że należy szanować życie. Nie zaszczepiłam fobii. I jak zwykle nie doceniłam dociekliwości i spostrzegawczości małej smarkuli. Ta podchodzi do mnie, przytula  i litościwym tonem rzecze:
-nieeeee bój się mamo! To tylko malutk pajontek, on nie uglyzie.
Zauważyła. A przecież byłam taka opanowana...

niedziela, 4 maja 2014

Majowe cytaty z Helki

Romantyczie. Właśnie przytulam się do chwilowo odzyskanego małżona. Nagle, tajemnicza ręka chwyta mnie za włosy i ciągnie. A jak wrzeszczy przy tym! Odwracam się, żeby zobaczyć, że zdrajcą atakującym od tyłu jest Helka. Spojrzenie ogniste, brwi zmarszczone i ręce na biodrach (to znaczy, na tym miejscu w którym kiedyś będą biodra).
- zostaw go- cedzi przez zęby- to mój kłopak, ja go kocham!
....................................................................................................................................................................

Parking przed Biedą.
- idziemy na zakupy!- oznajmia radośnie matka Rak.
-ja nie idę- równie radośnie oznajmia Helka.
-nie fisiuj Helko, chcesz tu zostać sama?
-tak. Bendem tu sama sieciała. Pocekam.
-proszę bardzo.
Raki kucają za samochodem i czekają. Dzieciak siedzi w foteliku i macha nogami. Pukam w szybę:
-może jednak pójdziesz z nami?
- nieeeee, posiedzę sobie!
Trudno, Rak zostaje w samochodzie. Kiedy po piętnastu minutach objuczona niczym wielbłąd matka Rak wraca do auta, oczom i uszom jej ukazuje się następująca sytuacja: zrezygnowany ojciec i usmarkane do pasa, wrzeszczące dziecko.
-dlaczego ona tak płacze?
-zapytaj!
-czemu płaczesz?
-aaaaaaaauuuuuuueeeeee....bo....bo....bo ja nie ciałam iść do klepuuuuuuuu!
-Helu, ale przecież nie poszłaś do sklepu!
-wieeeeeeeem....aleeee ja ciałam iść!
-cała matka- cierpko kwituje Rak.
.................................................................................................................................................................
Sniadanie. Helka maca właśnie bułkę ręką umoczoną w herbacie.
-Heluś, co robisz?
-bendem ją umyła tom bułkę!
-to nie jest zbyt mądre. Skonsultuj to ze swoim rozumkiem.
-nieee mam lozumka. Dzieś sobie pooosedł.
-daleko?
-tak, chyba yyyy....do lekinów i do zabek. Na łódkę. Łapać lybki.
-czego ty jej dosypujesz do tych bułek?!
...................................................................................................................................................................
 Wieczorna toaleta. Helka ma stać spokojnie, dopóki nie skończę szczotkować jej włosów. Oczywiście, nie stoi spokojnie. Zamiast tego zadziera nogę na brzeg wanny, żeby władować się do niej w piżamce. Tłumaczę. Nie pomaga. Drugi raz. Nic. Trzeci. Równie dobrze mogłabym chcieć czegoś od leżącego na wannie mydła.
-Helka!!! Halo, ja do ciebie mówię! AAAAAAA!!!! Ziemia do Helki, odbiór! Słyszysz mnie? CZY-TY-MNIE-SŁY-SZYSZ??!!!
-taaak, słysę...tylko nie słucham...
...................................................................................................................................................................





sobota, 26 kwietnia 2014

Rzecz o wkur*ionej Penelopie.

Nie przypominam sobie, aby w przysiędze małżeńskiej widniało : i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską raz na dwa tygodnie. Nie przypominam też sobie, żebym brała ślub po to, aby ostatecznie zostać samotną matką! Nie pamiętam też rozwodu- więc jakim cudem, dziecko pyta mnie pięć razy dziennie: mamo, tata mnie kocha? Wlóci do mnie? Zdecydowanie, nie jestem typem singielki. Mnie samotność dręczy i odbiera zapał do wszystkiego. Samotność każe mi nie spać po nocach a potem katować się ośmioma kawami dziennie. I nie wierzę w związki na odległość. Dokładniej: nie wierzę w mój związek na odległość. Dawno temu, obiecaliśmy sobie, że taka sytuacja nie nastąpi. Nie kusiły nas większe pieniądze. Niestety, przyszedł moment, w którym trzeba było wybrać: życie na odległość, albo nie życie. Teraz wiem, że wyboru nie było żadnego- bo to takie nieżycie jest. W jakimś dziwnym zawieszeniu, w niepewności, oczekiwaniu. Najgorsze jest to, że ja już nawet się tym nie smucę. To mnie najzwyczajniej w świecie wkurwia. Tak do łez. I jestem zołzą do kwadratu. Jak Rak staje w drzwiach w sobotę skoro świt, to zamiast radość czuję narastający gniew. Bo ja wiem, że w niedzielne popołudnie znowu będę sama. Więc on wraca nie do żony, tylko do małpy wrednej, od której nie może spodziewać się dobrego słowa. A jak już wyjedzie, to małpa na powrót staje się mną. Siedzi i zadręcza się tym, jaka była wredna. I wkurwia się jeszcze bardziej. A już najbardziej złości mnie patrzenie na Helkę, która każdego ranka wbiega do sypiali w nadziei, że on tam jest. Kiedy orientuje się, że to tylko ja, robi podkówkę z ust i drżącym głosem mówi: nie  ma mojego taty! Ooooo ludzie, wtedy to już następuje apogeum wkurwienia: na świat, na życie, na Raka, na mnie, na wszystko. Co my robimy biednemu dzieciakowi?! Ja nie wiem, jakim cudem ludzie wytrzymują to latami. Znam takich, którzy na olbrzymich posesjach wystawili kilka aut, którzy kupują dzieciom quady na urodziny, którzy mówią: tylko do końca roku, ostatnie kilka miesięcy. Czy nie widzą, że dzieciak nie potrzebuje quada, tylko ojca? Ja wiem, że życie zmusza nas do takich decyzji, ale jak można na to patrzeć w spokoju? Ja nie mogę. Taka ze mnie Penelopa. Całun tkać? Ja nawet chusteczki do nosa nie wytworzę! I wybaczcie, że nie jest zabawnie i beztrosko. Penelopa jest zanadto wkurwiona. I dalej tak żyć nie będzie. Bo już nie tylko nie jest w stanie sklecić zabawnego posta, ale nawet mieszkania, które tak ją jeszcze niedawno cieszyło nie lubi. Bo to tylko ściany i parę gratów, a nie dom. Dlatego też podjęła decyzję, aby zamiast czekać cierpliwie jak mają w zwyczaju mityczne żony wyruszy w podróż. Za kilka tygodni jedziemy do Rak...tfu, Odyseusza. Czeka nas pakowanie, załatwianie formalności a w międzyczasie jeszcze helkowe szpitalne wczasy. Trzeba jeszcze wynająć mieszkanie. Dużo roboty. I rewolucja spora. I strach- tak daleko od mamy to ja jeszcze nie byłam! Ale nic to. Będzie dobrze. Góry- rzut beretem. Dla nas, ludzi znad morza to zawsze atrakcja. Trochę się boję, że Rak każe Helce wspinaczkę uprawiać. Trudo, przeżyję i to, grunt, żeby nie być już dłużej Penelopą!

sobota, 5 kwietnia 2014

Magia słów.

Pamiętam dokładnie moment w którym z ust Helki padło pierwsze świadome "mamo". W wołaczu! Duma i radość rozpierały me serce i duszę. Oto stałam się matką, nie tylko z racji wykonywanej funkcji, ale i imienia. Tak, od tej pory jestem Mamą. Imię nadane mi podczas chrztu wypadło nieco z obiegu i funkcjonuje już tylko w dokumentach urzędowych, w normalnym życiu słychać tylko : idź do MAMY, daj to MAMIE, chodź do MAMY itd. Niestety, jak to zwykle bywa z magicznymi słowami, nadmierne użycie sprawia, że nieco tracą na wartości. Ba, powiem więcej, stają się swojego rodzaju przekleństwem, bo jak inaczej skomentować fakt, że mój osobisty prawie-latynoski-mąż-kochanek strzela do mnie : MAMO?! Póki co, tylko w sytuacjach neutralnych, ale kto wie, jak sprawa rozwinie się dalej? Jeśli na dobre wejdzie mu to w krew? Już widzę oczyma wyobraźni, jak podczas sypialnianych incydentów zapomina się zupełnie i mówi: -przesuń nogę, MAMO!  Za coś takiego grozi trwała i natychmiastowa amputacja libido. Po czymś takim rozpad związku byłby tylko formalnością! 
No tak, "mamo" z ust męża to nie jest najpiękniejsze, co może się trafić kobiecie, ale z ust dziecka? No cóż, te z Was, które jeszcze tego nie usłyszały i żyją w błogiej nieświadomości, mają prawo uważać, że dziecięce : MAMO, to miód na duszę. Te, które słyszą to od dawna, wiedzą już, że to słowo to również jedno z najbardziej męczących i denerwujących słów na ziemi. Zaczyna się około 7 rano:
-Mamo, wypałam się juz! Wstawamy, lobimy niadanko! Mamoooooo!
Do południa słyszysz to jakieś 500 razy, przy czym zwykle oznacza, że dzieciak czegoś od ciebie chce: mamo, daj to..., mamo, pić!, mamo, siusiu!,mamo,kupę!,mamo, babimy się lazem!, Mamoooooo!
No tak, przesadza- powiecie-wszak dzieciak jakoś musi sygnalizować swoje potrzeby, jest upierdliwy, to fakt, ale jak ma się do niej zwracać? Otóż, marzeniem matki przeciętnego dwu-trzylatka jest, aby dzieciak od czasu do czasu W OGÓLE się do niej nie zwracał! Musicie wiedzieć (ci, którzy jeszcze nie dotarli do tego etapu), że taka gadzina stawia żądania z prędkością 5 na minutę, przy czym w każdym żądaniu pada co najmniej kilka "mamo"(dla podkreślenia wagi sytuacji). Stąd też każde kolejne, zamiast wzbudzać radosnego drżenia serca, jak to było na początku, wywołuje przewracanie oczami, zniecierpliwienie i poczucie osaczenia. Należy jeszcze dodać do tego 1500 sztuk "mamo" bezcelowego:
-mamoooo, mamooooo, maaaaaa... -dochodzi z pokoju. Jako, że dzieciak drze się jak oparzony- biegniesz. A nuż znowu przytrzasnął sobie łapy twoją szkatułką na biżuterię, albo co gorszego? Wpadasz przerażona, a rozkoszny bąbelek siedzący na stercie rozpiżdżonych zabawek dokańcza rozpoczętą myśl:
-...mooooo! O, mamo, babię się klotkami.
Tadaaam! Nie raz dziennie, tysiąc razy dziennie. Jedno dziecko, a wyobraźcie sobie kilka sztuk! Jak pomyślę o tym, ile razy jako dzieciak darłam się pod balkonem: MAMOOO! to mam wyrzuty sumienia! Bo Gaga słyszała to z pięciu gardeł. Ja się nie dziwię wcale, a wcale, że zdarzało się jej zgrzytać zębami i patrzeć na swoje cudowne dzieci z morderczym wyrazem twarzy. Ba, ja się dziwię, że ona nie oddała połowy do szkoły z internatem. Oczywiście, nie zawsze jest tak, że "MAMO" to napis na dropsach. Zdarzają się jeszcze chwile, w których wyraz ów odzyskuje magiczne, chwytające za serce  właściwości. Małe rączki zarzucone na szyję, czarne oczy wpatrujące się w twoją twarz i na koniec: mamo, kokam cię.... Bajka. Już czujesz, to radosne drżenie w klatce piersiowej, już wiesz, że warto, że te wszystkie upierdliwości i podłostki z całego dnia tracą na znaczeniu... i właśnie  wtedy mała gadzina dokańcza frazę:
-...das mi cistecko?