wtorek, 17 listopada 2015

Sztuka spadania.

-uuuuuueeeeeeee... mamooooo...buuuuuu!!!
Odwracam się. Helka leży na mokrym betonie. Na brzuchu. Wystrojona w nową kurtkę za kupę pieniędzy. Podnoszę wrzaskuna i spokojnie oceniam straty. Uff, kurtka cała. Kolana trochę zdarte, ale pragmatyzm silniejszy niż troska. Bądźmy szczerzy, dziury na kolanach zrastają się stosunkowo szybko. Dziury w kurtkach za kupę pieniędzy nie zrastają się wcale. Zdarte noski nowych miodowych butów (też za kupę pieniędzy, a jakże) nie zrosną się z całą pewnością. Wzdycham i tulę. 
-boli? Pocałować?
-taaak-chlipie Helka- to wsystko psez bieganie! Juz nigdy nie będę biegać!
-córeczko, tak nie wolno. Chcesz przestać biegać, bo się przewróciłaś?
-taaak... chlip! Juz się nigdy nie psewlócę!
- przewrócisz się jeszcze tysiąc razy. I za każdym razem wstaniesz i pobiegniesz dalej.
-nie mogę, kolana nie są w odpowiednim stanie...słabe chlip.
-no może dzisiaj nie, ale jak tylko odpadną strupy, znowu będziesz biegać. 
-po co?
-ponieważ bieganie to świetna zabawa, ponieważ to lubisz, ponieważ jesteś struś Pędziwiatr. Nie wolno ci rezygnować z czegoś co się lubi ze strachu, że się przewrócisz. Wszyscy się przewracają.
-a dolośli nie.
-dorośli też! Poczekaj aż spadnie śnieg. Zobaczysz jak się damom obcasy będą na chodnikach rozjeżdżały! 
-tobie tez?
-a jakże!
-a ty się psewlóciłaś?
-a bo to raz! Każdej zimy zaliczam spektakularną glebę, tyle, że ja się przewracam na tyłek, nie na kolana. 
-hahaha, a ja mogę to zobacyś? Jak spadas na pupę!
-zobaczysz nie raz. A ja i tak będę chodzić na obcasach!
-bo lubis się pzewlacać? 
-bo lubię obcasy tak jak ty bieganie.
-mądla mamusia!
-mądra córeczka.
Tu następuje chwila zadumy. Łzy zdołały obeschnąć, tylko ciemne plamy na szarych rajstopach przypominają o niedawnym dramacie. No i pal je licho-noski butów. Nagle mgiełka zamyślenia znika z czarnych oczu, a trójkątna twarzyczka przybiera chytry wyraz. Drobna rączka puszcza moją dłoń i całe piętnaście kilogramów  szczęścia rzuca się do przodu. 
-ścigamy się do pomnika!

wtorek, 10 listopada 2015

Było sobie życie...

Matka stoi nad zlewem. W spracowanej dłoni dzierży druciak. Od dobrych kilku minut stara się zdrapać z dna przypalonego garnka resztki sczerniałego ryżu. Taka tradycja. Przypalanie ryżu to specjalność matki. Pochłonięta myślami w stylu: ostatni raz, gówniana robota oraz ryżu-sryżu się zachciało, nie zauważa, że tuż za nią pojawia się córka.

-mamooo, a skąd wylatują siki?
-z pęcherza moczowego. Masz w brzuszku taki woreczek. Kiedy jest pełny, czujesz, że chce ci się siusiu.
-a chłopcy siusiają pAnisami?
-tak.
-a dziewcynki?
-dziewczynki i kobiety mają takie specjalne dziurki-cewki moczowe.
-aaaa, to juz wiem. Zajzyłam.

I tyle. Obraca się dziewczę na pięcie, matka skrobie gar. Znów zatapia się w nienawistnych myślach.

-mamooo, a kupy tez z pęcheza?
-no coś ty? Siusiasz i robisz kupę tak samo?
-eee, nieeee. Zajzyłam.
-no właśnie. Od kupy są jelita. Takie długie poskręcane rurki w twoim brzuszku.
- aaa, to juz wiem!

Znów obraca się na pięcie, a matka szuru buru, szuru buru...

-mamooo... a my mamy w bzuchu pęcheze i jelitę, to gdzie mieści się ten wolek z dzidziusiem?
-tłumaczyłam Ci przecież. Ten woreczek jest malutki, a jak dziecko rośnie, powiększa się brzuch.
-taaak. Jak Tobiasek był w ślodku, to ciocia miała oglomny bzuch!
-no właśnie.
-aaa to juz wiem.

Na czym to ja... a! Szuru buru...

-mamooo, a któlędy dzidziuś wychodzi?

Druciak nieruchomieje. Do tej pory wystarczało, że z brzucha. Matka bierze głęboki oddech, odwraca się i tłumaczy.

-widzisz, obok dziurki do siusiania kobiety mają jeszcze jedną dziurkę.
-do lobienia kupy...
-nie! To znaczy też, ale nie mówimy o tej! Jest jeszcze jedna. I to przez nią rodzi się dzieci.
-to znacy, ze dzieci lodzą się psez waginę?
-dokładnie tak.
-oooo, głuptas ze mnie, ja sądziłam, ze psez pępek!
-nieee, przez pępek nie da rady. Yyy, wiesz już wszystko, czy chcesz spytać o coś jeszcze?
-eee, juz nic.

Matka oddycha z ulgą. Nagle szorowanie przypalonego garnka staje się łatwiejsze i całkiem przyjemne.

-mamooo...

Włoski na matczynym karku stają dęba.

-słucham kochanie?
-a to zialenko z któlego lośnie dzidziuś... skąd ono się bieze w bzuchu mamy?
-yyy...

Badawcze spojrzenie, uniesiona w wyrazie oczekiwania brew.

-... tatuś je tam wkłada. -odpowiada matka, czując, że w gardle jej nieco zaschło.

-aaa, to juz wiem.

Matka odwraca się w stronę garnka. Jakoś poszło-myśli. Tylko co będzie następnym razem?

-mamooo...
-słycham córeczko?- a w myślach -o kurwa, co teraz?! Mogłaś mówić, że bocian!
-mogę ciastko?
-tak!
-to dzisiaj niedziela?!
-wtorek, ale to nic.
-i das mi ciastko z cuklem?!
-tak, jeszcze ci drugą bajkę włączę.
-dlugą bajkę i ciastko? Chyba byłam stlasnie gzecna!
-Strasznie to dobre słowo. Jaką chcesz bajkę?
-było sobie zycie.

Obstawiam, że będzie już tylko gorzej...




środa, 14 października 2015

Lustro.





Stojąc przed lustrem w ciszy
matka z rękami u włosów
próbuje zbudować ład 
na głowie pełnej chaosu

Przebiera pospiesznie palcami
wzrok walczy jej z obrzydzeniem
ubrana w kwiecisty fartuch
nie widzi, że ktoś jest jej cieniem

Mamusiu, a jak dorosnę
to będę mieć włosy jak ty
i tę sukienkę jak wiosnę
w stokrotki, maki i bzy

I będę jak ty-wspaniała
pełna dobroci i serca
będę się bardzo starała
-tak córka w matkę wzrok wwierca

I w jednej krótkiej sekundzie
przed lustrem w korytarzu
staje się cud nad cudy 
niech u Was też się zdarzy

Bo matka musi być dzielna
piękna i dobra, wspaniała 
choćby się przed tym broniła
i choćby nawet nie chciała

Dla swego małego cienia
dla swojej małej córeczki
jaśniejsza jest od gwiazd wszelkich
piękniejsza niż wszystkie księżniczki

To ona w maleńkie serduszko
blask, pewność siebie przeleje
byleby miała skąd nalać
z pustego nic się nie dzieje 

Stojąc przed lustrem w ciszy
matka z rękami u włosów
uśmiecha się do siebie
znalazła wreszcie sposób...
 





 

niedziela, 23 sierpnia 2015

Baba z wozu, ojcu lżej...

Życie matki to kraina szczęśliwości. Uśmiechy, pocałunki, czułości, troska, ,,mamo pić", ,,mamo, siku", ,,mamo, jeść". Szczęście tak skutecznie i szczelnie wypełnia codzienność przeciętnej rodzicielki, że z czasem zaczyna ona tęsknić za nudą i samotnością. Zwłaszcza za tą ostatnią. Po blisko czterech latach macierzyństwa doszłam do momentu, w którym samotna wyprawa do śmietnika to relaksacyjny spacer. I czekam na niego z utęsknieniem! Nic dziwnego, że usłyszawszy od córki : nie idę z tobą na spacel i do sklepu, wolę zostać w domu z tatusiem- poczułam, że moje ciało przechodzi dreszcz rozkoszy. Półtorej do dwóch godzin samotności! Nie namawiając i nie ponawiając propozycji, zarzuciłam na usta neonową czerwień  i wybiegłam z domu. Oczywiście, nie byłabym matką, gdybym przedtem nie wydała Rakowi dyspozycji: uczesać,nakarmić, przebrać, wyjść do parku. I poszłam! Oczywiście na obcasach! Chodzenie w butach na obcasach bez obciążenia w postaci szarpiącego cię za ręce dziecka, to jedno z bardziej niedocenionych doświadczeń. No więc szłam sobie przez miasto pławiąc się w tej przyjemności. Ignorowałam kamyki i liście, lekceważyłam patyki, a co najważniejsze: deptałam po liniach! Marudziłam w drogerii, oglądałam ubrania, których nie zamierzałam kupić, niespiesznie czytałam etykiety. I wtedy dopadło mnie to, co po pierwszej euforii dopada wszystkie matki-tęsknota. Uznawszy, że czas najwyższy na powrót na łono rodziny, postanowiłam pójść prosto do parku. A tam... 
Raka zauważam od razu. Mój przystojny brodaty drwal siedzi sobie z wyrazem najwyższego zadowolenia. A ubrany! Prawilne dresiwo, którego nie pozwala mi spalić, bynajmniej nie podkreśla jego atutów. Nic to,- myślę sobie- usiądę dwie ławki dalej, będzie dobrze. I wtedy wzrok mój pada na małą, brudną istotę grzebiącą patykiem w ziemi. Istotka ma włosy jakby piorunem czesane, a ubrana jest z taką niestarannością, że nie potrafiłabym skonstruować takiej stylówki, nawet gdybym trzy dni kombinowała. Całości dopełnia czerwona plama w centralnym punkcie koszulki, podciągnięte do kolan skarpetki w paski, oraz dwu centymetrowa warstwa brudu i kolorowej kredy. Dopiero, kiedy  stworzenie uśmiecha się ukazując ostre kły, rozpoznaję- Helka. Moja piękna córka. Rozglądam się nerwowo, czy nikt nie zawiadomił odpowiednich służb- zapuszczony dzieciak ze slamsów wzbudza przecież instynkty opiekuńcze. 
-Raku! Uczesałeś ją?
-eeee, nie... zapomniałem.
-nakarmiłeś?
-eee, nie złożyło się.
-przebrałeś?
-eee, nie widziałem potrzeby, przecież jest ładnie...
Oczami rzucam gromy, a w myślach kompletuję epitety: bezużyteczny, głuchy, nieodpowiedzialny...
Z rozmyślań wyrywa mnie podekscytowany głos Helki:
-mamo, tata mnie naucył nowych zecy! Zobac jak umiem jeździć na loweze! 
Oglądam nowo nabyte  umiejętności z podziwem. Brudna, bo brudna, ale jak wymiata! Wiem, że nie pozwoliłabym jej na to. 
-jesce umiem się wspianać na samą gólę tamtej dlabiny dla duzych dzieci! Juz się nie boję! 
Patrzę z zawstydzeniem na brudną, szczęśliwą twarzyczkę. 
-no dobra. Niech wam będzie. Jutro też pójdę sama na zakupy.
Rak uśmiecha się z wyższością. Pozwalam mu. Przebiegły uśmiech godny starej lisicy zostawiam dla siebie. Właśnie upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu;)




środa, 12 sierpnia 2015

Matki Rak przypadki.

Są w życiu kobiety chwile, gdy czuje się jak prawdziwa heroina. Krok  jej staje się sprężysty, ruchy kocie. Z dumnie wypiętą piersią oraz na wszelki wypadek wciągniętym brzuchem, kobieta kroczy przez świat. Ma misję- oczarować wszystkich swoim nowo odkrytym seksapilem, wdziękiem oraz urodą. Ciężko stwierdzić co wyzwala w nas takie przekonania. Może to być nowa fryzura, odniesiony sukces, niespodziewany komplement, świeżo upolowana kiecka, butelka wina. Macie tak? Ja rzadko. I zawsze te chwile kończą się źle...

Byłam piękna. Serio. Spojrzałam w lustro i zachwyciło mnie to co widzę. Usta pociągnęłam jeszcze różową szminką dla wzmocnienia efektu. Narzuciłam na siebie długą sukienkę z rozporkiem do połowy uda,ot dwa zszyte ze sobą cienkie kawałki bawełny, ekstrawagancki naszyjnik dopełnił całości. Intrygująca, oryginalna, różowowłosa bogini. Nic nie piłam, przysięgam! Po prostu byłam na fali. Co z tego, że szłam tylko do muzeum i na lody z dzieckiem? Pławiłam się w tej swojej zajebiaszczości, przyznaję. Kroczyłam dumnie, a wiatr i rozporek w sukience robiły resztę.  Muzeum się udało, w lodziarni zostaliśmy obsłużone jako ostatnie klientki zanim zabrakło prądu, spacer wyborny-wszystko wskazywało na to, że to naprawdę mój dzień! I po jaką cholerę ja lazłam do tej galerii handlowej? To już w normalnym osiedlowym sklepie nie można płynu do podłóg kupić? Ale nie uprzedzajmy faktów! Wyobraźcie to sobie: oto stoję na szczycie ruchomych schodów. Przeglądam się w witrynach a z ust moich nie schodzi uśmiech Giocondy, aż tu nagle... mój subtelny acz odważny rozporek rozdziawia się nieprzyzwoicie. Zdezorientowana patrzę na własne nagie uda. Sukienka z romantycznej, zwiewnej szatki zmienia się w mocno dopasowaną. Oglądam się za siebie i widzę, że piekielne schody zżerają mój przyodziewek! O ludu, co ja się nagimnastykowałam, żeby z gołym zadkiem do domu nie wrócić! Stałam tam szarpiąc tę nieszczęsną kieckę w coraz większej panice. Oczyma wyobraźni widziałam, jak zjeżdżam na sam dół, sukienka wkręca się w machinę, a ja stoję tam goła nie licząc naszyjnika i różowych ust! Szczęściem, kobiety w ekstremalnych sytuacjach nabywają nie wiadomo skąd nadludzkiej mocy. W ostatnim momencie silnym szarpnięciem udaje mi się oderwać spory kawał kreacji. Rozporek wraca na swoje miejsce, tzn. ponownie sięga do połowy uda zamiast do pępka. Honor uratowany, duma nie ucierpiała. Zanadto.Tylko facet z Pleja dziwnie na mnie patrzy.
Do domy wracam przygarbiona, w połowie sukienki. W reklamówce ze stokrotki niosę płyn do podłóg i mleko. Pewność siebie została wkręcona przez ruchome schody, razem z kawałkiem kiecki. Po bogini nie został nawet najmniejszy ślad. Znów mam za małe cycki i za grube uda. Skromność, przede wszystkim skromność- obiecuję sobie. Aż do następnego razu...

niedziela, 9 sierpnia 2015

Memento mori, czyli Helka i kwestie fundamentalne.

Takie sprawy wypływają nagle. Zupełnie nieświadoma siedzisz przy stole oddając się najbardziej prozaicznej czynności na świecie, tj. piciu herbaty, gdy nagle podchodzi Pępek Świata i patrząc ci prosto w oczy zadaje pytanie:
-mamo, cy ludzie są na zawse?
W tym momencie w głowie następuje stop klatka, po czym umysł, niczym stare odtwarzacze VHS, przewija twoje życie na podglądzie. Po chwili kaseta zatrzymuje się. Widzisz małą, chudą dziewczynkę w plastikowych klapkach motylkach. Dziewczynka stoi przed upiększoną trwałą Gagą  i ze łzami w oczach pyta: -mamo, a to prawda, że wszyscy umrzemy? 
Pytanie owo jest pokłosiem rozmowy ze starszym bratem, który to (zapewne w ramach okrutnej rozrywki właściwej starszemu rodzeństwu) raczył poinformować, że jak już wszyscy pomrzemy, czeka nas zamknięcie w drewnianej skrzyni i pozostawienie na żer robactwu. Przerażona wizją zostania karmą dla pełzającego plugastwa, dziewczynka szuka ratunku u najmądrzejszej i najwspanialszej z istot. Niestety, srodze się zawodzi. Pyta, bo ma nadzieję, że starszy brat wymyślił to nowe gałgaństwo jak tysiąc innych przedtem. Gaga odpowiada jednak zgodnie z prawdą, a widząc łzy w oczach córeczki postanawia pocieszyć ją mówiąc, że sama umrze przedtem. Brawo! Genialnych ruch Gago. Pomna własnych nieprzespanych nocy i poranków, podczas których biegła do łóżka rodziców zbadać parametry życiowe rodzicielki, Matka Rak mruga nerwowo oczami wpatrując się w pełną oczekiwania twarzyczkę Helki.
-mamo!! pytam, cy ludzie są na zawse!
-yyy...nic nie jest na zawsze córeczko. Ani gwiazdy, ani góry, ani morza, ani ludzie. Nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia.-odpowiada dyplomatycznie kobieta w nadziei, że uda jej się problem ,,zagadać". Helka jednak nie w ciemię bita, wyciąga poprawne wnioski:
-to znacy, ze umalniemy!
-kiedyś umrzemy, to prawda.- potwierdza matka.
-a cy jak juz umalnę, to nie będę mogła mówić?
-martwi nie mówią, kochanie.
-to stlasne! Ja nie chcę być umalnięta. Nie chcę tego mamusiu!
-córeczko, nikt tego nie chce. Nie martwmy się o to, bo nie mamy na to żadnego wpływu. Jesteś zdrową, silną i mądrą dziewczynką, myślmy o życiu. Myślenie o śmierci nic nam nie da.
-ale nie mozna mówić jak się jest umalniętym...
-zapomniałam o czymś ważnym! Jaki zestaw Lego chcesz na urodziny?
Szczęściem czteroletnie umysły są na tyle żwawe, że przeskok od najtrudniejszych tematów do kontemplowaniu kartalogu klocków zajmuje im tylko ułamek sekundy. Niestety, nie oznacza to, że temat śmierci zostaje zamknięty. Jeszcze kilka kolejnych dni Helka zadręcza matkę pytaniami, na które nie istnieją dobre odpowiedzi. 
-mamo, ale ja nie chcę być umalta!
-Heluniu, zobaczysz, że dorośli inaczej podchodzą do tego tematu. Porozmawiamy o tym jak będziesz trochę starsza...
-jak będę stalsa to tez nie będzie mi się to podobało!
-a może chcesz jeszcze salon fryzjerski albo lecznicę dla zwierząt?- pyta matka, choć wartość obiecanych zestawów już dawno przekroczyła rozsądną kwotę.
I tak Matka Rak stała się kobietą o godnej pożałowania pozycji. Z widokami na rychłe bankructwo, bez widoków na rozwiązanie problemów nurtujących Helkowe serduszko. Paląca kwestia śmierci zaprzątała umysł dziewczynki nader często, a Matka Rak żadną miarą nie potrafiła przynieść jej ukojenia. Na szczęście praktyczny umysł córki sam znalazł rozwiązanie wydawałoby się-patowej sytuacji. Pewnego dnia Helka ponownie podjęła temat, a matka z przerażeniem stwierdziła, że w katalogu nie ma już nic, czego jeszcze nie obiecała. Strach zdjął kobietę. Zastanawiała się poważnie nad udawanym omdleniem, kiedy rozmowa zabrnie w ślepy punkt. 
-mamo, my umalniemy, plawda- spytała Helka, upewniając się, że w rzeczonej materii nic się nie uległo zmianie.
-prawda córeczko, kiedyś nas to czeka.
-a ja tak wymyśliłam, że jak juz będziemy umalte to zostaną z nas same kości.
-yhy...
-a wtedy...wsyscy nas będą oglądali!
-???
-bo będziemy sobie lezeć w muzeum! Tak to sobie wymyśliłam!-to ostatnie zdanie zostało wypowiedziane tonem radosnym. Po raz pierwszy od kiedy temat śmierci zaprzątnął główkę Helki, znalazła ona okoliczność łagodzącą dla tego z wszech miar niepożądanego stanu. Bycie ,,umaltym" bez prawa głosu to wizja nie do przełknięcia. Co innego zostanie cennym i poważanym eksponatem muzealnym! Co tu dużo mówić, aby nie oglądać zawodu i cierpienia w oczach córeczki, Matka Rak skwapliwie zgodziła się na tysiącletnie leżenie w przeszklonej gablotce. A jednam sława jest nam pisana;)
 

piątek, 17 lipca 2015

Svenskie obyczaje. Nieprzewodnik turystyczny Matki Rak.

Helka nie jest osobnikiem, którego można zabrać na wakacje gdziekolwiek. Jej zamiłowanie do niskich temperatur, atopowa skóra i nazwijmy to delikatnie-specyficzne wymagania żywieniowe sprawiają, że żadne pomysły w stylu: dwa tygodnie na Seszelach nie przychodzą nam do głowy. Tak właściwie z racji Helkowej diety, do niedawna nie przychodziły nam do głowy żadne plany na wakacje. Aż do czasu, gdy otrzymaliśmy zaproszenie do Szwecji (a było to prawdziwe zaproszenie, a nie grzecznościowe "wpadlibyście kiedyś do nas"). Kiedy wujaszek Robert zabukował nam bilety, nie było już odwrotu. Oczywiście, życie z Helką sprawia, że człowiek wie, iż nie może pozwolić sobie na "pójście na żywioł", w związku z czym promem wysłana została walizka pełna bezglutenowego jedzenia. Tak przygotowani stanęliśmy na szwedzkiej ziemi. A tam... zupełnie jak w Polsce. Takie jest pierwsze wrażenie. Gdyby nie gulgoczący język i dziwaczne napisy na znakach, człowiek mógłby się nie zorientować, że oto jest za morzem. Oczywiście, w miarę czynionych obserwacji okazuje się, że różnice występują, a po kilku dniach  Polak ma wrażenie, iż dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł się na innej planecie...

Korony.

Szwedzką  walutą są korony. Polak mieszkający w Szwecji i zarabiający w koronach, dość szybko pozbywa się fatalnego nawyku przeliczania ich na złotówki. Polak, który wpada do Szwecji na kilka dni, w dodatku zarabiający w złotówkach, przelicza wszystko. I tak okazuje się, że za kilogram piersi z kurczaka płacisz pięćdziesiąt kilka złotych, co zmienia tanie danie  w ekskluzywny smakołyk, trzy burgery z frytkami i colą to coś około stu czterdziestu złotych, a wypad trzyosobowej rodziny do wesołego miasteczka to jakieś sześćset złotych, nie licząc niespodziewanych atrakcji typu jedzenie, czapeczka z wiatraczkiem, ,,słodziunie plusacki" itd. Pomysł, by wszystkim znajomym i rodzinie przywieźć piękne pamiątki przechodzi przeciętnemu Polakowi już po pierwszej wizycie w sklepie. Rak zapytany o to, która atrakcja Grona Lundu sprawiła, że był bliski paniki i czuł, że zaraz wyskoczy mu serce, bez mrugnięcia okiem odpowiada: płacenie przy kasie. Inna sprawa, że odkąd wróciliśmy, wszystko wydaje mu się śmiesznie tanie. Hojny się zrobił jak nigdy!

Jedzenie.

Nie zrozumcie mnie źle-ja naprawdę nie mam nic przeciwko cynamonowi. Nawet lubię cynamon, ale na Boga, nie do wszystkiego! Po kilku dniach miałam wrażenie, że czuję go nawet w zwyczajnym chlebie (nadzwyczajnym jeśli chodzi o cenę, oraz nadzwyczaj paskudnym, jeśli chodzi o smak). 

Gdzie są Szwedzi?

Bywają miejsca, w których uświadczenie blond Svenssona graniczy z cudem. Szwecja jest prawdziwym kulturowym tyglem. Dumni ze swojej tolerancji Szwedzi, w niektórych miejscach zdają się być mniejszością. I tak sklepy z pamiątkami przy starówce prowadzone są niemal wyłącznie przez ludność skośnooką (nie będę nawet strzelać skąd pochodzącą, w końcu i tak oni wszyscy wyglądają tak samo), personel barów i restauracji to śniadzi brodaci mężczyźni oraz czarnookie piękne dziewczyny, a goście parków rozrywki to już totalna zbieranina. Wszystkie kolory, języki i orientacje, jakie przychodzą Wam do głowy. Nienawykła do widoku kobiet zachustkowanych po szyję  Helka, powodowana niegrzeczną ciekawością, wodziła wzrokiem tak intensywnie, że nie tylko baliśmy się, aby nie wyszła na niegrzeczną, ale aby nie skręciła sobie karku. Inna sprawa, że w Szwecji nie istnieje coś takiego jak niegrzeczne dziecko...

Svenskie dzieci.

Wbrew niektórym pogłoskom, Szwedzkie dzieci nie mają rogów. Sądząc po nabożnym podejściu Szwedów do dzieci, trafniejszą byłaby pogłoska, jakoby miały one aureolki. To również bzdura. W rzeczywistości to Szwedzcy rodzice mają aureole-znak świętości. Jako, że w Szwecji panuje komuna ( przyjazna i ładnie oprawiona, ale zawsze), normalnym widokiem są kolejki. W Polsce stanie w kolejkach również ma długie tradycje, wiąże się jednak z cwaniakowaniem, wpychaniem w ogonek, narzekaniem i kłótniami. Szwedzi stoją cierpliwie. Łagodnie uśmiechają się do współstaczy, pilnują, aby nikomu nie zagrodzić drogi. Rezultat jest taki, że polskie kolejki stoją, stoją i stoją, natomiast szwedzkie cały czas są w ruchu. Gdzie w tym wszystkim dzieci?-spytacie. Ano stoją razem z rodzicami. Polskie wydzierają japę i pytają sto razy na minutę -mamoooo, długo jesce?, ewentualnie chwytają rodzica za ręce urządzając z nich rodzaj wyrzutni dla swoich ciał -juhuuu, wyzej, das ladę mamo!. Szwedzkie dzieci reprezentują zgoła inny sposób na nudę. Mianowicie-depczą rodzicom po stopach. Nie, nie jest to wynik dreptania w miejscu i przypadkowych nadepnięć, a zakrojona na szeroką skalę akcja, mająca na celu  eksplorowanie pokładów rodzicielskiej cierpliwości. I tak stoisz w kolejce do rollercoastera obserwując spektakl. Sześcio-siedmioletni chłopiec o blond czuprynie mierzy uważnie. Przystawia stopę do buta matki, po czym unosi ją mocno do góry i łuuuuup! Matka uśmiecha się do synka i odsuwa krok do tyłu. Po chwili blond stwór powtarza czynność ze złośliwym uśmiechem. Matka znów obrywa, przy czym na wykrzywioną bólem twarz niemal natychmiast przywołuje uśmiech i głaszcze chłopca po policzku. Za trzecim łupnięciem kobiecina ma łzy w oczach i przemawia delikatnym głosem-ojojoj, znaczy, że boli. Co dzieje się dalej-nie wiem, bo właśnie wystałam swoją kolejkę. Zostawiam Svenską mamę życząc jej jak najlepiej i zastanawiając się, jakie prochy bierze?! I co, myślicie, że w przypadku matki Polki takie zachowanie dziecka zostałoby "nagrodzone" wyprowadzeniem z kolejki? Dobrze myślicie, ale w Szwecji-nie radzę. Jako, że Raki należą do ludzi głośnych i hałaśliwych, stanowili dla cichych Szwedów tak samo egzotyczne zjawisko. Szwedzi nie tylko nie krzyczą na swoje dzieci, ale również nie krzyczą do nich. I tak matka Rak drąca gębę: -Helkaaaa! Wracaj! Nie wolno na to włazić!-równa się kilkanaście życzliwych, ale czujnych niebieskookich spojrzeń. Pomna nagłówków w stylu ,,Włoch szarpnął za rękę syna- przesiedział trzy miesiące w sztokholmskim areszcie", zmienia natychmiast ton i najłagodniej jak potrafi przemawia: Helusiu, zejdź z tej barierki. To niebezpieczne, możesz spaść. Oczywiście, Helka, która ma w nosie krzyk, gardzi również łagodną perswazją- czyli jedyną powszechnie akceptowalną formą wywierania na dziecko nacisku. Formą-dodajmy- równie skuteczną, co upuszczanie krwi chorym.

Inną kwestią jest sprawność, wytrzymałość i odwaga małych Szwedów. Place zabaw na polskich podwórkach to zaokrąglone kanty, litel tajks, gąbki i sto procent bezpieczeństwa. Na Szwedzkich dzieci mają okazję nabijać guzy, kolekcjonować strupy a nawet rozbijać sobie głowy. I co? Ano nic z tych rzeczy. Te małe łobuzy są sprawne i pewne siebie. Ze szczęką opadłą do podłogi obserwowałam chłopców, którzy schodzili z rozbujanej do ,,podbitek" huśtawki robiąc salto. Małe dzieci, które w Polsce mogłyby liczyć co najwyżej na przejażdżkę autkiem na dwa złote, jeżdżą tam na rolercoasterach po których dorosły Polak dostaje palpitacji. Nie muszę chyba mówić, że ten stan rzeczy bardzo odpowiadał córce? Po tym jak z uśmiechem na ustach zlała z ustrojstwa, które wciągnęło ją kilkanaście metrów w górę, po czym zrzuciło na sam dół stwierdzam z pełnym przekonaniem- Helka to typowy rozwydrzony szwedzki dzieciak.

Strefy wolne od dzieci?

Wstawienie do niektórych polskich restauracji przewijaków i krzesełek dla maluchów sprawiło, że rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja na temat "stref wolnych od dzieci". Ludzie poczuli się przytłoczeni. Podjazdy dla wózków i brak mandatów za przewijanie niemowląt w miejscach publicznych sprawiły, że Polacy zaczęli kręcić nosami i przejawiać niezadowolenie z powodu coraz częstszej i odważniejszej obecności matek z dziećmi w przestrzeni publicznej. I na nic zda się tłumaczenie, że przewijaki, podjazdy i krzesełka dla dzieci to w polskich realiach nadal rzadkość! Co innego w Szwecji! Tam strefa wolna od dzieci nie istnieje. Każdy park, muzeum, instytucja oferuje szereg udogodnień. Przewijaki są montowane również w męskich toaletach, a ogólnodostępne stołówki z  mikrofalówkami do podgrzewania posiłków to norma. Szwedzi są "pudełkowi", tak jak Raki. Mam na myśli pudełkowość dietetyczną. Zawsze taszczymy ze sobą Helkowy prowiant, co sprawia, że często ludzie patrzą na nas jak na kosmitów, natomiast w Szwecji ten sposób żywienia jest na porządku dziennym- mnóstwo ludzi rozkłada koce w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, wyjmuje z toreb pudełka i rozpoczyna piknik. Rak podpowiada mi, że wolne od dzieci mogą być bary ze striptisem, ale, jako że nie byłam, nie dam sobie ręki odciąć. A nuż przewijak znalazłby się i tam?

I po ostatnie- uważaj co mówisz!

Komentowanie innych to typowa przywara Polaków. Oczywiście, zazwyczaj wypieramy się jak żaba błota, ale w skupisku ludzi tak innych od nas, pierwotne odruchy biorą górę. Nie radzę im folgować. 
-Kaśka, zoba na nią! Pot mi po tyłku spływa, a ona jest na basenie w dresie i chustce...
-dżeń dobry, ja bardzo dobzie znam polski, bo moja ziona jest ze Ściecina...