niedziela, 14 maja 2017

Helka i osobliwości.

Podróż przebiega spokojnie. Jednostajny stukot kół usypia. Prostuję się na siedzeniu. Nie wolno mi zasnąć! Helka mogłaby w tym czasie uprowadzić lokomotywę. Spoglądam na córkę. Właśnie zaprzyjaźniła się z panią z pieskiem. Pyta, czy może wyprowadzić psiaka na specer po korytarzu. Zbałamucona kobieta podaje smycz i zestaw psich ciastek. Dumna jak paw Helka prowadzi pupila. Koczujący na korytarzu średnio zadowoleni, tylko pies się nie skarży. Po kilku rundkach zgarniam spacerowiczów do przedziału. Spoglądam na zegarek. Jeszcze dwie godziny. Pani i piesek wysiadają po wylewnych pożegnaniach. Co teraz? Wyjmuję krzyżówki. Helka zajęta liczeniem kratek nie zauważa, że do przedziału wchodzi kolejny podróżny. Ja zauważam. Mężczyzna, jak mężczyzna. Schludny, w sportowym odzieniu, wiek męski. I jeden niemały szczegół, który przyciąga wzrok jak magnes. Na niepospolicie wysokim czole mężczyzny znajduje się bowiem niepospolicie wielka narośl. Guz wielkości orzecha włoskiego. Sterczący na samym środku. Różowy jak świnka Peppa. Ot szczegół z gatunku tych, które przyciągają wzrok i z grzecznych na co dzień ludzi czynią bezczelnych gapiów. No przecież nie chcę gapić się na człowieka, ani mnie jego narośl ziębi, ani grzeje, ale uparte oczu same co chwilę podążają w kierunku imponującego czoła. 
-mamo, chmula jakie u? Dobrze napisałam?
-tak córeczko- mówię i ogarnia mnie niepokój. Helka  zaabsorbowana panoramiczną z Supełka nie miała okazji rzucić okiem na nowego towarzysza podróży. 
-świetnie ci idzie, rozwiązuj dalej- zagrzewam Helkę do dalszego ignorowania reszty świata, zastanawiając się, jak zając jej uwagę na tyle skutecznie, aby nie wykazała zainteresowania czołem siędzącego naprzeciwko mężczyzny.  Udaje się przez kolejne kilka minut. Udaje się Helce. Ja co chwila spoglądam, samo mi się tak robi. A głupio mi! A wstyd! Mężczyzna przymyka oczy, a Helka z nosem w krzyżówce pyta:
-mamo, gdzie ja mam to wpisać, tu nie ma strzałki?
Nachylam się nad książeczką. Helka prostuje pochyloną dotąd głowę i w tym momencie jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia, a dłoń z oskarżycielsko wytkniętym paluchem unosi się w kierunku niepospolitej glowy.
-łaaaaaaał! Mamo, zobacz jakiego ten pan ma na głowie wielgachnego GUZIOLA! Przeeeeolbrzymi jest!
W ułamku sekundy twarz płonie mi ogniem. Współpasażerowie przygryzają wargi wbijając wzrok w podłogę. Właściciel przeeeeolbrzymiego guziola taktownie udaje, że śpi.
Opuszczam Helkową rękę.
-aaaa, zapomniałam, że tak się nie lobi...
-mhm- odpowiadam elokwentnie- a jakie hasło wyszło...
Dwie godziny później pakujemy się do tramwaju. Naprzeciwko nas siada kobieta ze zmęczoną twarzą. Helka klepie coś o jednorożcach, kobieta uśmiecha się odsłaniając szare zęby. Obydwa. Helka marszczy brwi w charakterystycznym dla siebie wyrazie zamyślenia.
-a pani to chyba nie dbała o zęby, co?
-o, nasz przystanek, do widzenia! -mówię i wyciągam samozwańcza dentystkę z tramwaju.
-mamo, chciałam jeszcze tej pani powiedzieć, żeby myła zęby, to nie będą się psuły!
-Helu, zęby tej pani to nie jest nasza sprawa. Jak guz tego pana. Wiem, że chcesz dobrze, ale to może sprawiać, że ludzie czują się zakłopotani. Oni wiedzą jak wyglądają, mają w domu lustra. Nie potrzeba im czyichś uwag.
-ale może ta pani nie wie, że trzeba dbać o zęby? Może mama jej nie nauczyła?
-możliwe, ale my też jej nie nauczymy.
-a mogę mówić ludziom, żeby pili wodę?
-...możesz.
-bo od wody nie psują się zęby, ona nie ma cuklu!
Kilka minut później otwieram drzwi maleńkiego samu. Chcę kupić wodę bez cukru. Chwytam koszyk za rączkę i już mam przekroczyć bramkę, gdy mój wzrok pada na twarz kasjerki. Kobieta w średnim wieku. Na głowie burza włosów. Na górnej wardze również.Czuję, że nie mam na to siły.
-wiesz co Helu, nie będziemy się tu pchać kupimy w kiosku...


sobota, 11 marca 2017

Six, seks i ucho na dokładkę, czyli łatwy post o trudnych sprawach.

Spokojne popołudnie. Matka powoli miesza w garnku masło z mąką- to ważne, żeby się nie przypaliło. 
-mamoooo?
-tak?
-a co to jest seks?
Matka uśmiecha się pod nosem i nie przerywając mieszania mówi spokojnym tonem:
-sześć po angielsku.
-ale ja nie pytam o angielski.
Mieszanie ustaje.
-a więc pytasz o SEKS?
-tak. W telewizji coś mówili i ja nie lozumiem. Co to seks?
Masło brązowieje. Beszamel szlag trafił. Matczyną pewność siebie również. Pieprzony telewizor. Dlaczego dziś?! Ona ma dopiero... aj, szósty rok. Miałam siedem, gdy wyedukowali mnie pod trzepakiem. Z pomocą naukową w postaci Twojego Weekendu. 
-już ci tłumaczę, kochanie- mówi z lekka drżącym głosem Matka Rak, wyłączając gaz pod czarnym już masłem. W pamięci przywołuje rozmowę, którą jakiś rok temu odbyła z edukatorką seksualną: zawsze mówić prawdę. I jesczcze- oddychać, to nic takiego.
-A więc tak. Seks, to sposób w jaki dorośli zakochani ludzie okazują sobie miłość. 
-Ty i tata?- Helka nie ułatwia wprowadzając osobisty kontekst.
-...taaak.
-na golasa?-oczy zwężone w szparki. Cholera wie, co ona w tej telewizji przydybała.
-owszem.-piskliwy głos matki daleki jest od zalecanego przez edukatorkę spokoju.
-a po co to się robi?
-z kilku powodów. Po pierwsze, bo to bardzo przyjemne, pod warunkiem, że obie osoby tego chcą.
-czyli seks to taka...miłość ciał?- zdenerwowanie Matki znika. Miłość ciał. Ach te nic nie rozumiejące dzieci...
-dokładnie! Ale inna niż miłość miedzy mną a tobą. Taka miłość łączy dorosłych.
-lozumiem. A dlaczego dzieci nie mogę seksu?
-dopóki nie dorośnie do tego twoje ciało i twój umysł nie będziesz potrzebować seksu. Seks musi być świadomą dojrzałą  decyzją, inaczej byłby czymś bardzo złym.   
- a co się lobi w tym seksie?
-przytula, całuje, dotyka...
-i coś jeszcze?
-tak, zastanawiam się jak to wytłumaczyć, żebyś zrozumiała. Wróćmy do pytania po co jest seks. Bo to nie tylko sposób na miłość dla dorosłych, nie tylko przyjemność. Seks jest bardzo ważny również dlatego, że bez niego, nie byłoby ciebie.
-jak to?- pyta zaskoczona Helka.
- Już ci mówię, tylko musisz mi pomóc. Skąd się biorą dzieci?
-z brzuszka mamy, lodzą się przez waginę!
-a z czego powstają?
-z jajeczka od mamy i plemnika od taty.
-brawo, dużo wiesz. Jesteś bardzo mądra. A pamiętasz skąd się biorą plemniki?
-no tak, one powstają w tym, nooo... w tym co chłopaki mają pod penisem.
-właśnie tak. W jądrach. A wiesz jak plemnik dostaje się do brzuszka mamy?
-no tego to ja zupełnie nie wiem!
-no właśnie. Do tego potrzebny jest seks. Seks to również tworzenie nowego życia, nowego dzidziusia. Kiedy kobieta i mężczyzna uprawiają seks to...
-...ja wiem! Jak mama i tata przytulają się na golasa...to chyba...tak! To musi być przez waginę i przez penisa! Tamtędy plemnik się dostaje do brzuszka!- eureka, uśmiech od ucha do ucha, zagadka rozwiązana.
-właśnie tak. - odpowiada nieco zbita z tropu Matka, zastanawiając się, co dziecko widziało i czy ten przeciąg, który otworzył ostatnio drzwi od sypialni to aby na pewno był przeciąg.
-to ja już wszystko wiem.-rzecze z dumą Helka. 
-Dużo wiesz, to fakt. Jeśli będziesz miała jeszcze jakieś ważne pytania, to zawsze możesz do mnie przyjść.
-wiem mamusiu!
-Helu..., a możesz mi coś powiedzieć?
-co?
-skąd wiedziałaś, o tym wkładaniu penisa do waginy? Czy ty coś takiego widziałaś?
-nieee, ja tylko się zastanawiałam jak to można zlobić i pomyślałam, że to musi przez waginę, bo zostaje jeszcze tylko nos i ucho, a to by było baaaldzo dziwaczne... 
 
 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Dlaczego wolno dręczyć dziewczynki...

Dziewczynki wolno dręczyć z wielu powodów, z których najważniejszym i podstawowym jest ten, że są dziewczynkami. Przesadzasz- powie wielu z Was- mamy równouprawnienie, nikt dziś nie dyskryminuje kobiet, a poza tym,wnieś lodówkę na czwarte piętro to pogadamy. Guzik tam, argumantum at lodówkum nie tykam, bo głupie to, że aż boli, a co do traktowania dziewczynek, mam w domu jedną, którą przeżywa dokładnie to samo, co ja w jej wieku. A nie powinna! O czym mowa? Już tłumaczę.

Powody dla których wolno dręczyć Helkę:

bo jest śliczna,
bo ma ładne warkoczyki,
bo podeszła,
bo chłopcy już tacy są,
bo widocznie ją lubią.

Niestety, żadnego z ww "argumentów" nie wymyśliłam. Wszystkie usłyszała moja pięcioletnia córka, kiedy próbowała szukać pomocy przed niewłaściwym zachowaniem kolegów. Kolegów- normalnych chłopców, nie psychopatycznych morderców. Niech nikt nie myśli, ze w swoich feministycznych poglądach zapędziłam się tak bardzo, żeby kilkuletnich chłopców traktować jak zwyrodnialców! Ale wróćmy do Helki. Otóż, zaczęła się skarżyć na niewłaściwe zachowanie kolegów. Że szarpią, że ciągną, że nie słuchają gdy mówi nie, że ganiają całą bandą, a ona się boi.
 -a mówiłaś im, że nie chcesz się tak bawić?
-czasem tak, a czasem nie. Jak mnie ciągną to im to mówię, ale jak mnie gonią to uciekam, bo się boję, że mi wydłubią oko.
-straszą cię, że ci wydłubią oko?
-nie, ale się boję, że mi wydłubią.
-...no dobrze, robimy tak. Następnym razem nie uciekaj. Stań i powiedz głośno, ze nie chcesz się tak bawić. Nogą tupnij, zmarszcz brwi i krzycz głośno. Jeśli nie posłuchają, idź do pani po pomoc. 
-a oko?
-nie wydłubią. Wydłubanie oka jest trudniejsze niż by się mogło wydawać.
-ale na pewno? 
-na pewno. Mów im NIE, ale jeśli nie słuchają, idź do nauczycielki, dobrze?
-tak zlobię.
Tak zrobiła. w odpowiedzi usłyszała, że  to jej wina bo... podeszła. Że ma się z nimi nie bawić. Chłopcy nie usłyszeli niczego. Kilka dni później na urodzinach kolegi mogłam na własne oczy zobaczyć w czym rzecz. Istotnie, Helka jako żwawa dziewczynka z poczuciem humoru cieszy się sympatią męskiej części grupy. W dodatku, sama szuka towarzystwa kolegów i chce się z nimi bawić. I dobrze! Problem pojawia się, gdy chłopcy zbijają się w "bandę". Wiem, że "banda" to normalna forma funkcjonowania kilkuletnich facetów, szanuję. Problem pojawia się, gdy rzeczona zgraja postanawia za wszelką cenę złapać małą dziewczynkę i przykładowo, wbrew jej woli wciągnąć na trampolinę lub do basenu z piłkami. Jeśli dziewczynka chce się bawić w porwanie i robić za zakładnika, nie ma problemu, ale co, gdy nie chce i głośno to wyraża? Kilkanaście pierwszych minut przyjęcia minęło mi na uspokajaniu dziecka. Helka płakała i to co widziałam zupełnie jej reakcję uzasadniało. Ledwie weszła na salę gdy czterech chłopców( a każdy wyższy o głowę) rzuciło się na nią. Zdaję sobie sprawę, że chłopcom chodziło jedynie o zabawę, nie o dręczenie, ani nawet nie o wydłubanie oka, ale jeśli jesteś małą dziewczynką, wygląda to mniej niewinnie. Zapłakana Helka rzuciła się do ucieczki a chłopcy w pościg. Helka skryła się za maminymi plecami, a Matka Rak dopadła jednego z napastników. "Przemocowiec" miał jakieś metr dwadzieścia wzrostu i poważne braki w uzębieniu. Ponadto, był absolutnie cudny. 
 -cześć- rzecze łagodnym głosem Matka Rak.
-eheee- odpowiada zawstydzony chłopczyk.
-powiesz mi, co robisz?
-babwie się- odpowiada (brak górnych jedynek i fakt, że cały czas szeroko się uśmiecha nie ułatwia mu zadania).
-a zechcesz spojrzeć na Helę?- tu matka wyciąga córkę zza pleców.-spójrz, ona płacze. Czy to jest jeszcze zabawa, gdy ktoś płacze?
-yhy...no nie...- odpowiada skonsternowany, ale nadal uśmiechnięty chłopczyk.
-no właśnie. Następnym razem zapytaj, czy ona chce się z tobą bawić w ten sposób, dobrze?
-yhy...dobrze...-odpowiada szczerbatek i nie oglądając się za siebie biegnie do kumpli.
-widzisz, Helu, on nie wiedział, że to nie jest fajna zabawa. Nie chciał ci wydłubać oka, ani zrobić krzywdy. Może nikt z nim na ten temat nie rozmawiał...
-ojej, a co się stało?- pełny troski głos jednej z mam przerwał mi przemowę.
-chłopaki mnie ciągną i szalpią- odpowiada Helka.
-aaaaa, no tak- uśmiecha się kobieta- wiesz, to dlatego, że jesteś śliczna. A jakie masz piękne warkocze! Chłopcy zawsze ciągną za warkocze jak im się dziewczynka podoba. Już tak mają.- odpowiada natchnionym tonem.
 W tym momencie łapię kobietę za blond czuprynę i doprawiam ciosem z płaskiej ręki w potylicę, wrzeszcząc: masz śliczną fryzurę, lubię cię! Już tak mam!
No dobra, nie zrobiłam tego, tak mi tylko przyszło do głowy po fakcie. Zamiast tego wyszczerzyłam oczy i otworzyłam usta. Kobieta poszła raczyć salomonową mądrością innych, a ja wytłumaczyłam Helce, że nikt nie ma prawa jej szarpać, ciągnąć za włosy i zmuszać do robienia rzeczy których nie chce. Zaznaczyłam rzecz jasna, że to dotyczy również jej ( nie jestem przecież naiwniarą). Kilkanaście minut później piłam kawę i obserwowałam Helkę bawiącą się z bezzębnym kolegą. Piękny obrazek, zważywszy na fakt, że Helka również prezentuje imponującą bramę, tyle, że w dolnej szczęce. 

A teraz puenta. 

Wychowanie seksualne to nie  zakładanie prezerwatywy na banana i nauka pozycji seksualnych.  Człowiek, od początku jest istotą seksualną. Wiem, że żyjemy w przedziwnych czasach w których z jednej strony erotyzm i pornografia dostępne są praktycznie na każdym rogu, z drugiej samo słowo SEKS wzbudza panikę. Słowo SEKS w odniesieniu do dzieci wzbudza panikę podwójną. Przeciwnicy edukacji seksualnej postrzegają ją jako demoralizację i nakłanianie do rozwiązłości, tymczasem seks to również płeć, zachowanie płciowe człowieka, nauka o anatomii. Wychowanie seksualne obejmuje również naukę szacunku do swojego i cudzego ciała. Nie rozmawiając z naszymi dziećmi o ich ciałach, nie mówiąc o granicach i intymności narażamy je na niebezpieczeństwo.Zaraz zaraz, co mają chłopcy ciągnący dziewczynki za włosy do edukacji seksualnej? Ano to, że jeśli chłopców, którzy dziś łapią za włosy koleżanki nie nauczymy pewnych zasad, mamy szansę na to, ze za kilka lat będą łapali koleżanki za pośladki. A co z dziewczynkami, których również nie nauczymy, że mają prawo do sprzeciwu i do rządzenia własnym ciałem? Dziś po prostu "przestaną podchodzić do chłopców", za kilka lat nie będą potrafiły reagować na poklepywanie i ohydne uwagi, bo przecież usilnie wkładamy im do głów, że "chłopaki tak mają".    






sobota, 21 stycznia 2017

O Babci.



Babcia odeszła w niebotycznie wysokich szpilkach. Pudrowych, pięknych. Cała była piękna! Pastelowo-różowa, uśmiechnięta, jasna. Jakże inna od tych, którzy zostali- czarnych, posępnych wron. Wrony krakały, płakały, zawodziły, a babcia uśmiechała się leciutko. Patrzyłam w jej kochaną twarz, dotykałam zimnych policzków a w głowie wrzeszczało: przecież miałaś tańczyć na weselu Zuźki! Na wiosnę chciałaś się gościć na nowym tarasie Kamy! Przecież masz w drodze dwoje prawnuków! Miałaś być wieczna, miałaś jak zawsze czekać uśmiechnięta za stołem, aż łaskawie znajdę w moim uporządkowanym życiu czas, aby cię odwiedzić! Za rzadko to robiłam. Jak większość wnuków. Bo daleko, bo cokolwiek. Nie spieszyłam się, zdawało mi się, że jesteś nieśmiertelna. Nie byłaś. Żałuję, babuniu, że tego nie rozumiałam. Dziś zdejmuję wronie łachy, których tak nie lubiłaś. Ileż to kołków ciosałaś na dziadkowej głowie, za te czarne koszule, czarne spodnie, czarny humor. Ty, która ponad wszystko kochałaś tańczyć, śpiewać i ucztować. Kolorowa, barwna, pełnokrwista. A zadziorna! A kokietka! Zupełnie niepospolita. Niby żona, niby matka, niby babcia i prababcia, a zawsze przede wszystkim kobieta. Taka z szafą pełną szpilek, z różowymi paznokciami, z sycylijskim temperamentem. Zmysłowa, pełna pasji. Pamięci takiej babci nie da się zamknąć w czarnych ramkach żałoby, tak jak nie da się namalować kolorowego motyla czarną kredką.
Wronie łachy zostawmy zatem wronom. Nie spodobałabym Ci się taka, przecież wiem. Nie obiecam nie płakać, choć pewnie nie chciałabyś patrzeć na moje łzy, ale inne rzeczy obiecać Ci mogę. Obiecuję babuniu, pamiętać o tym, który za sześćdziesiąt lat Twojej miłości zapłacił sercem wyrwanym z piersi. Bo za sześć burzliwych dekad prawdziwego kochania jakoś zapłacić trzeba. Już wiem, że on też nie jest wieczny. Bez Ciebie jest go jakby pół. Kochane, gderliwe pół.  Obiecuję wspominać Cię tak, jak na to zasługujesz. Uśmiechnę się do Ciebie, wirując w tańcu, pomyślę o Tobie rozkładając talerze przed ucztą dla przyjaciół, wychylę za Twoją pamięć kieliszek wina. I kupię sobie wreszcie pastelowe szpilki. 
Żegnaj, babuniu.

wtorek, 15 listopada 2016

Epitafium na śmierć Matki.

Była sobie Matka. Zwyczajna-niezwyczajna jak wszystkie. Mocą pocałunków koiła ból stłuczonych kolan, ciepłem ramion odganiała złe sny. Jak każda matka, była silna. Jak każdy człowiek, była słaba. Ot, z krwi i kości. Pewnego dnia świat zatrząsł się w posadach i runął. I wtedy Matka wzięła górę nad człowiekiem. Bo człowiek mógłby usiąść i płakać, ale Matka? Matka nie pozwoli aby jej dzieci żyły w ruinie. Cegiełka po cegiełce odbudowała świat. To nic, że na niepewnym gruncie, przecież dzieci nie mogą żyć w zgliszczach. Na bezwłosą głowę założyła kolorowy turban, na zmęczoną twarz- kolorowy uśmiech. I żyła. A ileż w tym życiu było Życia! Gdy człowiek już uwierzy w to, że jest śmiertelny, dzień przestaje być tylko czasem, który trzeba wypełnić aby móc położyć się do łóżka, tydzień nie jest jedynie oczekiwaniem na weekend, nawet zima przestaje być tylko drogą do wiosny. Każdy oddech, chwila, każdy uśmiech, każde "mamo"- smakuje jak najlepszy szampan, upaja. Ale jest jeszcze ciało. Boleśnie ciągnie w dół. Zwija się z bólu. Płacze, gdy dzieci już śpią. Bo Matka przecież wie. Walczy, ale wie. Musi wiedzieć. Musi myśleć. Czyje pocałunki ukoją ból stłuczonych kolan, gdy zabraknie jej ust? Czyje ramiona odgonią złe sny, gdy zabraknie jej ramion?
I gdzieś tam wierzy, ale wiara to nie to samo co wiedza. Żyją w niej obie. Jedna każe jej walczyć o każdy kolejny wschód słońca, druga szuka pragmatycznych rozwiązań. Komu powiedzieć, że mały nie lubi kminku? Komu, że starszemu trzeba wyjmować niezjedzone kanapki z plecaka, bo przechowuje je tygodniami? I jeszcze trzeba zadbać o buty na zimę...może to już ostatnia?

I tak Matka wyrywa chorobie dzień po dniu. Cztery lata. Cztery lata radości, cztery lata smutku, cztery lata szczęścia, cztery lata cierpienia. Cztery lata życia. I niech nikt nie waży się napisać, że w końcu przegrała! Choroba nigdy jej nie złamała, nie osłabiła jej ducha, nie pokonała. Do końca stała z podniesioną przyłbicą. Aż przyszła Śmierć, a z tą nie można przegrać, bo i niepodobna z nią wygrać. 

I znów świat zatrząsł się w posadach i runął. Tym razem odbudują go inne ręce. Matka pokazała im jak. Zostawiła fundament ze skały.   




Pamięci A. Dzielnej Wojowniczki.

środa, 26 października 2016

Wywiad z wampirem...

-Helka, pobawimy się w wywiad? 
-a co to?
-Ja zadaję  pytania, a ty odpowiadasz.
-nie, to nudne.
-a udzielisz wywiadu... kosmitom?
-dobra!
-no to jedziemy!


Jest noc. Pod oknem twojego pokoju zatrzymuje się statek kosmiczny. Fioletowe ludziki smugą magicznego światła zabierają cię z łóżka i wiozą wprost na swoją planetę. Chcą dowiedzieć się jak najwięcej o człowieku. Szef kosmitów zadaje ci pytanie:

 Skąd przybywasz?

-moja planeta to Ziemia, mieszkam w Polsce, w Koszalinie. Czasami na deser lubię jeść lody, najbardziej mi smakują te z lodziarni. Moja ulubione zajęcie to rysowanie.

Eeee, ok. Jak wygląda twoja planeta?

-przy moim domu jest wiele budynków, a moja planeta jest biało-niebiesko-zielona. Na Ziemi znajdują się domy, lasy, parki i place zabaw i więcej ciekawych rzeczy, niż wydaje się komuś, kto dopiero co się urodził.

Kim są mieszkańcy Ziemii.

-ludzie i zwierzęta, także dzikie zwierzęta. Człowiek to też zwierzę. Człowiek jest najmądrzejszym zwierzęciem. Ale nie każdy! Malutkie dzieci niewiele wiedzą. I głupki też.

Jacy są ci ludzie?

-ludzie są źli, dobrzy, chudzi, mali, starsi, średni, grubi i bardzo ciency- jak gumka do ścierania ołówka. 

Hm... a z czego są zbudowani?

-najpierw idą kości-maszerują po ciele- zacznijmy od stóp- potem idziemy do góry do głowy zakończonej takimi paseczkami jak u drzewa. Potem rozprowadzają się mięśnie. Prawie po całym ciele-tylko w głowie nie ma mięśni. Jest jeszcze serce- to też mięsień. Potem wszystko okrywa się ładną skórą, która nadaje ochronę człowiekowi. A u rąk mamy małe przezroczyste coś- to są paznokcie.Mamy też nos i usta do oddychania. Są też oczy do patrzenia, ale tak naprawdę to mózg obserwuje wszystko, a nie oczy.

Co to jest mózg?

-mózg jest w głowie. Głowa jest troszkę jak pomidor, ale nie czerwona i nie ma czuprynki jak pomidor...może bardziej jak dynia. I tu, na samej górze człowieka znajduje się ten mózg. Mózg jest owalowaty. On myśli i przesyła sygnały do całego ciała, aby człowiek mógł się ruszać. Bez tych sygnałów człowiek nie mógłby chodzić. Człowiek nie mógłby chodzić też bez kości- no bo jak? Gładką powierzchnią nóg? Kości są potrzebne. Chociaż nie wszyscy ludzie chodzą. Niektórzy sobie łamią kości, a niektórzy rodzą się z niesprawnymi nogami. Albo tylko jedną niesprawną- to jest lepsze.

Czy wszyscy zbudowani są tak samo?

-nie. To nie jest prawda.Ludzie są różni- z czarną skórą, jasną skórą, siną skórą i żółtą. A dzidziusie rodzą się z fioletową twarzyczką, są jak jakieś dziwolągi z kosmosu. Mają też różne włosy- to takie sznureczki. Można je obciąć albo wyrwać, ale lepiej tego nie próbować bo to bolesne. No i jeszcze się różnią! To ważne! Kobieta i chłopak różnią się wyglądem. Waginy się różnią, choć bardzo łatwo byłoby to zauważyć, to chłopak i dziewczyna nie pozwalają oglądać. Bo to są ich sprawy. A chłopak nie ma waginy- ma penisa. To ładniejsze słowo niż siusiak.

Skąd się biorą nowi ludzie?

-najpierw tatuś daje plemnik mamusi, potem plemnik idzie do jajeczka i wchodzi do niego. Traci ogonek, a potem leży sobie. Trochę idzie, trochę pływa. A potem znowu leży i odpoczywa. Potem zmienia się w małe ziarenko, a potem rośnie i rośnie. Wyrastają mu rączki i nóżki i staje się dzidziusiem. Potem odwraca się się główką do dołu i kopie mamę w żebra, bo takie jest jego zadanie. Mama mu daje witaminy. Jak jest już duży to się rodzi. Najpierw główka, ramionka, brzuszek, pupa.. szyneczka-tak mówi moja mama jak żaruje, a potem to już  kolanka i stópki. I już wychodzi. Wita go mamusia wesołym uśmiechem i tatuś. A potem ze szpitala wychodzi szczęśliwa rodzinka. I żyją długo i szczęśliwie.  Aaaaa, zapomniałam, że jeszcze trzeba odciąć pępowinę!

Co jest potrzebne ludziom?

-woda z kranu, lodówki do zamrażania, stoliki, krzesła, telewizja.

Co to jest telewizja?

-telewizja to jakby obrazek w którym wszystko się rusza. Telewizja nie uczy za duo. Pokazuje jakieś głupoty. Lepiej nie oglądać jej za dużo. 

A co jest dla ciebie najważniejsze?

-dla mnie najważniejsza jest miłość.

Co to jest miłość?

-to znaczy, że się kogoś kocha!

Na naszej planecie tego nie ma. Wyjaśnij.

-to znaczy, że chcesz kogoś całować i przytulać, ale nie tylko. Można miłość poznać po tym że się często to mówi i robi laurki nawet w zwykły dzień.

Gdzie można tę miłość obejrzeć i dotknąć?

-nie można! Miłość jest niczym, ale czymś jest. Bo nie można jej zobaczyć, ale można ją mieć. To takie uczucie.

Znacie jeszcze jakieś uczucia?

-jest uczucie bólu, strachu, radości, złości.

Uczucie są dobre, czy złe?

-dobre. Są potrzebne i ważne. Czasami jest ich w głowie dużo i się mieszają, ale bez nich człowiek nie istnieje. Tylko jakaś ...robotowa lalka. 

Czy na waszej planecie są jeszcze inne niewidzialne rzeczy?

-tak. Wymyśleni przyjaciele. Ja mam wielu przyjaciół z wyobraźni. Oni są potzrebni aby nie być nigdy samemu.

Co ci daje szczęście? Co jest najważniejsze?

-ty... to znaczy, moja mama. I tata. I babcie i dzadki i wszystkie ciocie. I jeszcze mam trochę prababć. Oni wszyscy mnie też kochają.

A czy jest coś czego się boisz?

-ciemności. Szarość to co innego.

Co strasznego jest w ciemności?

-wyobraźnia! Ona w ciemności robi potwory z różnych dźwięków!

Wyobraźnia to coś złego?

-nie! To moja moc. Bez wyobraźni nie byłoby pięknych obrazków ani wynalazków. Bez wyobraźni nie byłoby niczego! Ani magii, ani wróżek ani niczego pięknego.

Na tym skończymy. Mamy już dużo informacji na temat Ziemian. Dziękujemy!

-A porwiecie mnie jeszcze kiedyś?

Naturalnie! Będziemy cię porywać regularnie. Chcemy oprzeć naszą cywilizację na twojej mądrości.

-dobrze, bo ja jestem mądra, to się przyda...













piątek, 7 października 2016

Ziarko do ziarnka...

W trzydziestym drugim roku żywota, Matka Rak postanowiła zapanować nad swoim utracjuszowskim stosunkiem do pieniędzy. Odkąd sięga pamięcią, kasa nigdy nie stanowiła dla niej większej wartości. Na bieżąco przepuszczała przez palce wszystko co wpadło jej w ręce. Początkowo każda próba "uzbierania" na coś poważnego, kończyła się hedonistyczną ucztą pod szkolnym sklepikiem. Z biegiem lat sklepik zastąpiły sieciówki, księgarnie, lumpeksy i drogerie. Szósta różowa szminka? Siedemnasty czerwony lakier do paznokci? Książka, która z braku mogącej ją pomieścić półki zasili piramidę rosnącą obok łóżka? Tak! Wszystko, byleby pozbyć się pieniędzy! Po trzydziestce w mózgu zachodzą jednak poważne zmiany. Przewartościowawszy co nieco, kobieta stwierdziła, że wartoby śmierdzieć groszem, a co ważniejsza, zobaczyć minę Raka, gdy się dowie, ile udało się zaoszczędzić jego małżonce! Z pomocą przyszły internetowe autorytety. A zatem- oszczędzać należy regularnie! Mogą to być małe kwoty. W końcu- ziarnko do ziarnka. Regularnie... małe kwoty...główka pracuje... bilety!
Zamiast jeździć po Helkę autobusem, mogę chodzić piechotą!-orzekła Matka Rak zachwycona własnym konceptem. Bilet kosztuje trzy złote. Żeby wrócić z przedszkola i pojechać po Helkę potrzebuję dwóch- wyliczyła świeżo upieczona ciułaczka. Biegła w dodawaniu w zakresie do dziesięciu kobieta błyskawicznie obliczyła, że da jej to sześć złotych oszczędności dziennie. Tygodniowo (tu już poszło trudniej, mnożenie to nie kaszka z mleczkiem) trzy dychy. Mało. Miesięcznie powyżej 120. Nadal mało, ale zawsze to jakiś początek. I tak operacja "oszczędzanie" została rozpoczęta. Dwudziestominutowe marsze o 8 i 13.30 przypadły kobiecie do gustu. Narzuciła takie tempo, że aż cellulit na udach drżał ze strachu, że się go pozbędzie (niepotrzebnie,kobieta na bieżąco uzupełnia go masłem, pączkami i czekoladą). Po tygodniu faktycznie, kondycja uległa poprawie. Fizyczna. Finansowa jakby nie bardzo. Zamiast spodziewanych trzydziestu złotych nadwyżki, na koncie pojawiło się sto pięćdziesiąt, tyle, że debetu. Klasyczny błąd początkującego finansisty. W swoich prognozach Matka Rak nie uwzględniła ważnych okoliczności. Nie mówię o spadkach na rynku finansowym, ani wartości złotego. Sprawa jest bardziej przyziemna. Jadąc autobusem nie mogła wchodzić do tych małych fajnych sklepików po drodze, idąc piechotą-owszem!
Po blisko trzech tygodniach oszczędzania nasz rekin finansowy wyznał wszystko małżonkowi (zwłaszcza, że ten debet trzeba było spłacić). Rak pokiwał głową z politowaniem i oznajmił skruszonej połówce, że nie wymaga od niej takiego poświęcenia. 
-ty już lepiej nie oszczędzaj. - rzekł błagalnym tonem.
Pierwszy dzień powrotu do nieoszczędnościowego trybu życia był deszczowy. Wracająca z przedszkola Matka spojrzała z niechęcią na trzyzłotowy karnecik. Trzy złote za trzy przystanki?! Rozbój w biały dzień. Kilkanaście minut później Rak odebrał entuzjastyczny telefon.
 -kochanie! Oszczędziłam dzisiaj stówę!
Odpowiedź małżonka poprzedziło przeciągłe, pełne rezygnacji westchnienie:
-niech zgadnę. Kupiłaś na wyprzedaży spodnie za pół ceny.
-nie! Skasowałam bilet na sekundę zanim podszedł do mnie kanar!

I co powiecie, internetowe autorytety od oszczędzania?! Ja nie umiem?!