W życiu przeciętnej matki są dni, gdy przeszczep główki kapusty w miejsce głowy pozostałby niezauważony. I nie chodzi o brak makijażu, ale o galopujący niedowład umysłowy. Jako, że w życiu Matki Rak właśnie następuje przełom, kobieta jest nań narażona bardziej niż zwykle...
Dzień jak co dzień od tygodnia. O 6.40 gotuję obiad, gdyż przedszkolny catering, choć niczego sobie, nie jest dla Helki do końca bezpieczny. Niby panie o bezglutenowej diecie coś wiedzą, ale po kilku minutach rozmowy wychodzi na to, że dodatkowe ograniczenia Helkowej diety będą do wdrożenia z dnia na dzień niemożliwe. Nic to, damy radę. Przygotowuję torbę pełną ulubionych dań i budzę przedszkolaka. Przedszkolak mruga powiekami i z wyrzutem w głosie pyta:
-a dlacego ty mnie juz budzis? Ja tylko zamknęłam ocy, policyłam: jeden, dwa, tsy, a ty mi kazes juz wstawać?!
Po trwających dobre pół godziny pertraktacjach i perturbacjach wyruszamy w drogę. I się zaczyna!
-mamo, my jesteśmy za daleko.
-Helu, co ty odpowiadasz, ja wiem na którym przystanku mamy wysiąść.
-ja tez wiem, na tym któly juz był dawno temu!
Okazuje się, że ma gadzina rację. Wyjeżdzamy gdzieś na koniec świata i stoimy na pętli. Czas mija, a my kasujemy kolejne bilety. Podliczam w myślach koszty dowozu autobusem i zgrzytam zębami. Do przedszkola trafiamy spóźnione. Helka dołącza do dzieci, a matka gna na przystanek tylko po to, aby smutnym wzrokiem odprowadzić tył odjeżdżającej ósemki. Dwadzieścia minut czekania. Wreszcie autobus nadjeżdza. Kolejny bilet za trzy ziko. Od rana wydałam na nie tyle, że rozważam dowóz taksówką. Do domu docieram zziajana. Wkładam rękę do torebki w poszukiwaniu kluczy i znajduję...strzykawkę z adrenaliną. Trzy szybkie kopnięcia w drzwi okraszone kilkunastoma paniami lekkich obyczajów pozwalają dać upust emocjom. Wracam na przystanek. Ósemka odchodzi, kiedy stoję na światłach. Dwadzieścia minut czekania. Kasuję kolejny bilet. Tym razem wysiadam na odpowiednim przystanku. Zdyszana i przerażona oddaję zestaw ratunkowy na ręce nauczycielki. Muszę jeszcze zrobić zakupy. Nie opłaca mi się jechać do domu. Zabijam czas wałęsając się po galerii handlowej. Odbieram radosną Helkę, kasujemy bilety i wracamy do domu. Przez telefon zdaję Rakowi jęczącą relację z tego, jakże udanego dnia. Nie oczekuję wiele, jedynie odrobinę współczucia. Zamiast tego czeka mnie kolejny cios:
-a dlaczego ty w ogóle kasujesz te bilety? Na stronie MZK masz napisane, że Helka ma darmowe przejazdy a ty jesteś jej opiekunem.
Tak, w życiu przeciętnej matki są dni, gdy przeszczep główki kapusty w miejsce głowy pozostałby niezauważony. Dla matki. Kapusta mogłaby poczuć się urażona.
środa, 13 kwietnia 2016
czwartek, 7 kwietnia 2016
Rzecz o dorastaniu. Z kryzysem w tle.
Rodzisz sobie swój Pępek Świata. Dmuchasz, chuchasz i pieścisz. A maleńkie toto, a cudne, że klękajcie narody. Nie spuszczasz z oka, chronisz i trwasz na posterunku. Aż pewnego dnia leniwiej niż zwykle mrugasz powiekami przy porannej kawie, a kiedy otwierasz oczy z niemałym przerażeniem stwierdzasz, że twój maleńtas zniknął. I nie ma już pucołowatego, pociesznego Pączka. Jest dziewczynka. Nieco chuda, z trójkątną twarzyczką. Ma włosy do pasa, rzęsy do sufitu i tupet aż do chmur. Potrafi tupnąć nogą i zmarszczyć brwi w słusznym gniewie. Potrafi ostatnią dwuzłotówkę z różowej portmonetki wrzucić do hospicyjnej skarbonki "bo to dla cholych dzieci a ja mam już wsystko". Potrafi wykrzyczeć "ja nie chcę takiej mamy!", a za chwilę tulić cię i zalewając się łzami szlochać "ja ciebie kocham i chcę, tylko mi się tak w ślodku coś wściekło". I patrzysz z przejęciem na tego anioła, na tę zołzę cudną i wiesz, że to już czas. Że albo odważysz się wypuścić ją z rąk choć na trochę, albo zadusisz ją swoim opiekuńczym uściskiem. Boisz się. To normalne. Bo gluten, bo roztocza, bo mleko. I jeszcze astma, co to ją lekarz dopisał kilka dni temu do i tak już długiej listy, jako kolejny powód aby z opiekuńczych ramion jeszcze jej nie wypuszczać. Wreszcie jednak przełamujesz się. Dla niej, bo tęsknym wzrokiem wodzi za mijanymi na ulicy grupkami maluszków w odblaskowych kamizelkach. I dla świata. Bo przecież nie poznanie Helki byłoby dla niego szkodą.
.........................
Sala było duża, ładna i kolorowa. Dzieci z życzliwym zainteresowaniem zlustrowały nas od stóp do głów. Uśmiechnięta pani zapraszającym gestem wskazała miejsce przy małym stoliczku. I wtedy zaczął się koszmar...
Zaliczyłyśmy wszystko o czym piszą mądre poradniki. Lęk separacyjny poziom hard. Atak nerwicy. Rozdzierający serce szloch. Było cierpienie obecne w każdym spojrzeniu, był obecny tuż pod skórą atak histerii, usta rozwarte w niemym krzyku. Było "nie zostawiaj mnie" nie wypowiedziane co prawda, ale pomyślane tak głośno, że niemal słyszalne. Było wreszcie kurczowe trzymanie za nogi. To tyle, jeśli chodzi o Matkę. Córka pomachała wesoło i pobiegła do dzieci. Łzy w jej oczach zalśniły tylko raz. Kiedy przyszłam ją odebrać. Bo za szybko.
wtorek, 8 marca 2016
Ile ważą słowa matki?
Każda kobieta w dniu w którym zostaje matką, powinna mieć odczytane swoje prawa. Zwłaszcza ten ustęp: wszystko co powiesz może być użyte przeciwko tobie...
-mamuniu, a cy ty wies wsystko?
-nie, skarbie. Nikt nie wie wszystkiego.
-nawet ty?!
-nawet ja.
-i casem mówis nieplawdę?
-nie okłamuję cię, ale zdaża się, że się mylę. Dlatego czasami cię przepraszam. Jeśli popełniamy błąd, powinniśmy umieć go naprawić.
-a cy ja mogę zjeść batonik?
-nie, przed chwilą jeden zjadłaś.
-i co się stanie jak zjem dwa?
-hmmm, cukier w nadmiarze psuje zęby, jest bardzo niezdrowy. Poza tym, mogłoby ci się zrobić niedobrze.
-ale ja wolałamby splóbować. Pseciez ty nie wies wsystkiego i casem się mylis...
***
-łaaaaaaaa.....ale ja chcę!
-Helenko, świat nie tak nie działa. Nie dostajemy wszystkiego, czego chcemy.
-a mówiłaś, ze jak się cegoś baldzo chce, to to się spełnia!
***
-nie, nie możesz.
-ale mamooooo!
-Helenko, ja ci na to nie pozwalam.
-a mówiłaś, ze mi wolno decydować!
-ale nie we wszystkim.
-dlacego?
-bo masz cztery lata i nie wiesz wszystkiego.
-ty tes nie wies wsystkiego! Tak mówiłaś!
-bo to prawda, ale na niektórych rzeczach znam się lepiej od ciebie.
-ty mnie wcale nie słuchas! Na nic mi nie pozwalas!
-decydujesz o wielu rzeczach, ale na niektóre decyzje jesteś za mała.
-to ty ządź sobą, a ja będę ządziła mną, umowa?
-Helaaaaa! Naprawdę nie możesz iść do sklepu w sukience na ramiączka!
***
-mamo, ja chyba jestem mistsem.
-tak? A w czym konkretnie?
-pięknie lysuję i świetnie lobię awantuly!
sobota, 13 lutego 2016
Love krowe. Jak to robią małżeństwa.
***
-pamiętasz naszą rozmowę o kwiatach?-tak.
-pamiętasz co mi obiecałeś?
-tak.
-a wiesz, że minęło od niej już pół roku?
-tak.
-to gdzie do cholery są moje kwiaty bez okazji?!
-skarbie, każdego dnia próbuję. Włączam Wikipedię i sprawdzam, czy to już. I wiesz co? Każdego dnia jest jakaś okazja! Jak nie dzień łapania za dupę, to święto niepodległości Argentyny!
***
-kochanie, nie chciałabyś poczuć wiatru we włosach? Nie chciałabyś, żebym zabrał cię w podróż gdzie oczy poniosą? Nie chciałabyś...
-nie, nie możesz kupić motocykla.
-aaaaaaaaaa!!!
***
-ej, Raku, popatrz na mojego nowego powiększającego puszapa.
-o w mordę! To jest oszustwo i powinno być karane!
***
-czy ty nie wiesz, że ta czerwona migająca bateryjka w rogu telefonu oznacza, że telefon jest GŁODNY i trzeba go naładować?!
-wiem.
-to dlaczego nigdy tego nie robisz?!
-bo nie muszę.
-co?!
-on się sam ładuje.
-jak?
-nie wiem, ale codziennie rano stwierdzam ze zdziwieniem, że jest podłączony do ładowarki, a ja go przecież nie podłączam.
***
-zrozum, nie stać nas teraz na motocykl.
-niezupełnie, bo jakby wyjąć pieniądze z naszego konta oszczędnościowego...
-jakiego konta?
-oszczędnościowego. Tego, na którym odkładamy pieniądze.
-coś mi tu nie gra. My mamy konto oszczędnościowe? A ja nic o tym nie wiem?!
-gdybyś o nim wiedziała, to ono by nie było oszczędnościowe!
***
-mamooo, nigdy ci nie powiemy co dla ciebie mamy na balentynki!
-błagam, powiedzcie!
-eeee.... taką specjalną pompkę do pompowania... pipki! Hahahahaha!
-zabrałeś czterolatkę do sex-shopu?!
-zgłupiałaś?! Ja nie wiem co ona znowu wymyśliła! Nie kupiłem niczego w sex-shopie.
-łeeeeee...szkoda...
***
-myłaś zęby moją szczoteczką?
-żartujesz? Brzydziłabym się!
-myłaś zęby moją szczoteczką!
-tak, bo moja się rozładowała! Zresztą, podmieniłam końcówki, więc skąd wiesz?
-oznaczyłem.
***
-wiesz, zrobiłam to zamówienie w drogerii i jakoś tak... wydało mi się za dużo pieniędzy.
-to znaczy?
-dużo za dużo.
-dokładniej?
-więcej niż przedwczoraj w tym sklepie z bielizną.
-o w mordę!
-nie jęcz!
-ok, tylko wiesz co mnie zadziwia? Jak można wydać tyle pieniędzy na takie niepotrzebne pierdoły?
-już zmieńmy temat!
-dobra, muszę podejść do paczkomatu.
-po co?
-przyszły spodnie do futbolu amerykańskiego, ochraniacze i jeszcze sobie kupiłem taki fajny.... dlaczego tak patrzysz? Co ja takiego powiedziałem?
***
-mamooo....
-powtarzam ci! Nie mamo, tylko tatooo! Wołaj tato, jak tata jest w domu.
-jak chcę pić to tez?
-tak!
-a jak zlobię kupę?
-zwłaszcza jak zrobisz kupę.
-ej, wy dwie! Co robicie?
-nic nic, takie tam babskie pogaduszki...
***
-Żaneta!!! Dlaczego nie wyrzuciłaś przeterminowanego jogurtu z lodówki?!!!!
-Michał!!! Dlaczego nie wyrzuciłeś przeterminowanego jogurtu z lodówki?!!!!
-w sumie... racja.
***
- w życiu mężczyzny przychodzi moment w którym musi postawić na swoim, nawet wbrew całemu światu. Ja jednak kupię ten motocykl.
-nie odważysz się.
-skąd ta pewność?
-a potrafisz wyobrazić sobie jaką byłabym eks żoną?
-o kurwa, wygrałaś!
poniedziałek, 8 lutego 2016
Kurza ślepota Vs potęga wyobraźni.
-Heleno, powtarzam po raz setny: ZAŁÓŻ BUTY! Za moment musimy wyjść z domu.
-mamoooo! Zalaz, jezdzę na koniu! Spójz, jest niebieski i ma tęcowy ogon! Jadę z nim do blokacialni, zeby poblokatować mu kopyta!-rzecze nieco urażona matczynym pokrzykiwaniem Helka.
-córeczko, załóż buty, bo znów się spóźnimy.-cedzi przez zęby Matka Rak, jednocześnie tuszując sobię rzęsy prawego oka. W tym momencie Helka z impetem rzuca się na drzwi wejściowe. Głośne ŁUP sprawia, że ręka matki uzbrojona w uczernioną szczoteczkę drży.
-Helu...- nie dane jest kobiecie skończyć, gdyż córka przemknąwszy przez korytarz i otwarte drzwi łazienki rzuca się barkiem na kabinę prysznicową. Tym razem to już nie jest ŁUP. To potężne JEB! Szczoteczka od tuszu ląduje w oczodole i w tym samym momencie kończy się resztka cierpliwości. Helka bynajmniej, nie traci czasu. W kilku susach na powrót przemierza korytarz i rzuca się na drzwi, po czym pokonuję tę samą co poprzednią trasę i podejmuje kolejną próbę zdemolowania kabiny prysznicowej. ŁUP JEB ŁUP JEB!
-Co Ty wyprawiasz?! Zwariowałaś?! Natychmiast przestań i załóż te przeklęte buty!!!!
Helka staje w bezruchu i oczami pełnymi żalu wpatruje się we wrzeszczącą matkę.
-ale... mamuniu... koń mnie poniósł i nie mogę go postsymać! Cy ty naplawdę nie widzis?
Mrugnąwszy kilka razy rozmazanym i załzawionym okiem kobieta zdała sobie sprawę z przykrego faktu- nie widzi. Oślepła. Ona! Ta sama, która wpatrując się w gwiazdy machała do Małego Księcia i widziała wyraźnie, że on odmachiwał! Jak to się stało? Kiedy z dziewczynki która z koca w kratkę i krzeseł budowała sobie najprawdziwsze marmurowe pałace zmieniła się w ślepą kurę, dla której wytuszowanie rzęs jest ważniejsze niż ratowanie córki przed zdziczałym poniaczem? Coś jakby wstyd i żal pojawiło się w sercu Matki Rak i w jednej sekundzie wyparło całą złość, która jeszcze przed chwilą buzowała w każdej komórce. I może to ten wstyd, a może wygięte w podkówkę usta i pełne żalu spojrzenie, a może po prostu łzawienie wywołane włożeniem szczoteczki do oka sprawiło, że wzrok kobiety poprawił się i wyostrzył. I oto stał przed nią! Niebieski jak wieczorne niebo i dziki jak wyobraźnia która go zrodziła!
-nooo, tak nie będzie! Żeby jakaś wściekła chabeta rzucała mi dzieckiem o ściany?! Złapmy tego dzikusa!
Twarz Helki rozpogodziła się w ułamku sekundy.
-ale jak?! On jest za silny!
-mam lasso!
-mamoooo, to jest magicny koń!
-a moje lasso to nie? Ty wiesz z czego ja je zrobiłam?
-lasso to snurek...
-oooooo nie! To nie sznurek, to... warkocz najprawdziwszej komety! Specjalnie do łapania magicznych niebieskich koni.
-łaaaaaaał! Daj potsymać! Ja chcę, ja chcę!
Kilkanaście minut później wyszłyśmy z domu. Uśmiechnięte, szczęśliwe i mocno spóźnione. To zrozumiałe. Wie o tym każdy, kto próbował zagnać magicznego rumaka do "masyny uspokajającej dla nanibnych koniów". Całe szczęście, po zastosowanej kuracji zwierzak stał się do rany przyłóż. Wyszłyśmy we trzy z klatki schodowej. I wiecie co? Ślepi przechodnie nie raczyli spojrzeć na niebieską klacz o imieniu Amelia. Ale to jeszcze nic! Pozostali ślepi nawet, gdy Amelce wyrosły srebrzyste skrzydła i szybowałyśmy ponad parkiem. A wystarczyło spojrzeć w górę...;)
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Kultura wysoka i choinki.
Zachciało się Rakom kultury. Jako, że poziom wydarzenia kulturalnego należało dopasować do całej trójki, wybór padł na lalczane przedstawienie teatralne. Dotarłszy na miejsce, rodzice posłali Helkę do pierwszego rzędu pełnym dzieciaków, natomiast sami wcisnęli się do trzeciego. Z dumą i rozbawieniem obserwowali jak Helka ukłoniwszy się wdzięcznie zadaje uprzejme pytanie:
- dziewcynki, cy mogłybyście się trochę psesunąć?
-ależ ona jest słodka- rozpływa się Rak.
-prawda? I te jej wszystkie proszę, dziękuję, dzień dobry!- wtóruje małżonkowi Raczyca.
-tak, to taka mała dama! Jestem z niej dumny.
W tym czasie rzeczona dama zajęła już miejsce wśród innych "dziewcynek". Jako, że do rozpoczęcia przedstawienia pozostało kilka minut, nasza bohaterka postanowiła bacznie przyjrzeć się scenografii. Od przyglądania do wyciągania wniosków u Helki niedaleko, a jeśli już jakieś wyciągnie, nie ma siły, aby nie próbowała się nimi podzielić z resztą ludzkości. I tak odwróciwszy swoją dziewczęcą twarzyczkę w stronę rozanielonych rodziców, nasza kwintesencja delikatności rzecze:
-mamo, tato, zobaccie jakie chujowe choinki!
Gwar na widowni ucichł. Dało się słyszeć jedynie gorączkowy szept Raków:
-czy ona powiedziała...
-tak.
-nie. Nie wierzę! Przesłyszeliśmy się.
-ja wiem, co słyszałem.
-nie, to niemożliwe, ona powiedziała... fajowe! Fajowe choinki! Patrz!
To mówiąc Matka Rak możliwie jak najciszej zawołała w stronę obytej i kulturalnej córki:
-Helu, czy ty powiedziałaś fajowe? Te choinki są fajowe?
-nie, mamuniu, one są CHUJOWE.
Raczyca cofnęła się na miejsce z twarzą na której malowały się której szok i niedowierzanie.
-mówiłem. Powiedziała chujowe.-rzekł wyraźnie rozbawiony dumny ojciec.
Matka wychyliwszy się ze swojego miejsca podjęła ostatnią próbę:
-Helenko, tak nie wolno mówić. To okropnie brzydkie słowo...
-mamo, ja wiem, ale te choinki naplawdę są chujowe!
W tym momencie niemi świadkowie owego wydarzenia przestali być niemi. Nie dosyć, że zewsząd dał się słyszeć śmiech, to jeszcze krytyka wygłoszona przez młodą miłośniczkę teatru padła na podatny grunt:
- ona ma rację! Krzywe jakieś i niedorobione.
Całe szczęście, w tym momencie wybiła godzina zero i rozpoczął się spektakl. Oglądając perypetie Zajączka i spółki, Helka klaskała, śmiała się i wykazywała oznaki najwyższej aprobaty. Sądzimy, że jej się podobało, ale pewności nie mamy. Baliśmy się zapytać...
-
wtorek, 5 stycznia 2016
Matki Rak przypadki; Listonosz nie zawsze dzwoni dwa razy.
Upociwszy się niemiłosiernie przy odgruzowywaniu mieszkania, Matka Rak pozwoliła sobie na luksus popołudniowej kąpieli. Potomkini zamknięta w swoim pokoju, jak nigdy, postanowiła fanaberię matki uszanować. Zajęta gruntownym demolowaniem świeżo wprowadzonego ładu, nie zauważyła widocznie, że rodzicielka się relaksuje. Wierzcie mi, gdyby choć przez chwilę podejrzewała, że matce jest dobrze, natychmiast próbowałaby owo "dobrze" obrócić w ruinę. Dzieci tak mają. Spróbuj usiąść z filiżanką herbaty i książką- natychmiast zachodzi gwałtowna potrzeba przytulania, całowania, opowiadania bajki, a w skrajnych przypadkach potomstwo jest w stanie dokonywać drobnych uszkodzeń ciała ( przytrzaśnięte drzwiami paluchy, guzy i zadrapania)- wszystko byleby tylko zepsuć ci chwilę relaksu. Ale wróćmy do tematu. Zafundowawszy sobie pielęgnację od A do Z, Matka Rak postanowiła poprzymierzać nowo upolowane fatałaszki. Na wdzięczeniu się do lustra kobieta strawiła dobre dwadzieścia minut, wreszcie poczuła się zmęczona byciem seksowną boginią i postanowiła wrócić do właściwego sobie stanu- matki dresiary. W tym momencie odezwał się dzwonek telefonu, a na wyświetlaczu pojawia się brodata gęba Raka. Oto za kilka minut pan domu powróci na łono rodziny. Tym szybciej należy przedzierzgnąć się w dresik- pomyślała Matka Rak, po czym postanowiła ostatni raz przymierzyć szpilki na platformie. Właśnie podziwiała efekt jaki wywierają niebotyczne obcasy na łydki, kiedy rozległo się donośne pukanie. Przekonana, że za drzwiami stoi małżonek, seksowna kocica przemierzyła korytarz i z rozmachem otworzyła drzwi na oścież, a tam... listonosz. Och, to nic takiego otworzyć listonoszowi w butach na obcasie-powiecie. Sęk w tym, że oprócz butów na obcasie nasza pożałowania godna seksowna kocica miała na sobie jedynie pomarańczowe majtasy z koronką i bokserkę Jacka Danielsa! To zmienia postać rzeczy, prawda? Listonosz zamiast "dzień dobry" rzekł jedynie "eee?" Matka Rak próbując zachować godność odparła spokojnym tonem: proszę sekundę zaczekać, po czym zatrzasnęła drzwi i w ułamku sekundy dokonała transformacji. Gdy otworzyła drzwi ponownie listonosz uśmiechał się szeroko. Kobieta z kamienną twarzą odebrała przesyłkę. Rak, który pojawił się minutę później, na kamienną twarz nawet się nie silił. Ubawiony nowym gałgaństwem małżonki, jak zwykle wynalazł pozytywne aspekty całego zajścia.
-założę się, że już nam więcej nie wrzuci awizo, kiedy będziemy w domu!
I wiecie co? Miał rację!
-założę się, że już nam więcej nie wrzuci awizo, kiedy będziemy w domu!
I wiecie co? Miał rację!
Subskrybuj:
Posty (Atom)