piątek, 7 października 2016

Ziarko do ziarnka...

W trzydziestym drugim roku żywota, Matka Rak postanowiła zapanować nad swoim utracjuszowskim stosunkiem do pieniędzy. Odkąd sięga pamięcią, kasa nigdy nie stanowiła dla niej większej wartości. Na bieżąco przepuszczała przez palce wszystko co wpadło jej w ręce. Początkowo każda próba "uzbierania" na coś poważnego, kończyła się hedonistyczną ucztą pod szkolnym sklepikiem. Z biegiem lat sklepik zastąpiły sieciówki, księgarnie, lumpeksy i drogerie. Szósta różowa szminka? Siedemnasty czerwony lakier do paznokci? Książka, która z braku mogącej ją pomieścić półki zasili piramidę rosnącą obok łóżka? Tak! Wszystko, byleby pozbyć się pieniędzy! Po trzydziestce w mózgu zachodzą jednak poważne zmiany. Przewartościowawszy co nieco, kobieta stwierdziła, że wartoby śmierdzieć groszem, a co ważniejsza, zobaczyć minę Raka, gdy się dowie, ile udało się zaoszczędzić jego małżonce! Z pomocą przyszły internetowe autorytety. A zatem- oszczędzać należy regularnie! Mogą to być małe kwoty. W końcu- ziarnko do ziarnka. Regularnie... małe kwoty...główka pracuje... bilety!
Zamiast jeździć po Helkę autobusem, mogę chodzić piechotą!-orzekła Matka Rak zachwycona własnym konceptem. Bilet kosztuje trzy złote. Żeby wrócić z przedszkola i pojechać po Helkę potrzebuję dwóch- wyliczyła świeżo upieczona ciułaczka. Biegła w dodawaniu w zakresie do dziesięciu kobieta błyskawicznie obliczyła, że da jej to sześć złotych oszczędności dziennie. Tygodniowo (tu już poszło trudniej, mnożenie to nie kaszka z mleczkiem) trzy dychy. Mało. Miesięcznie powyżej 120. Nadal mało, ale zawsze to jakiś początek. I tak operacja "oszczędzanie" została rozpoczęta. Dwudziestominutowe marsze o 8 i 13.30 przypadły kobiecie do gustu. Narzuciła takie tempo, że aż cellulit na udach drżał ze strachu, że się go pozbędzie (niepotrzebnie,kobieta na bieżąco uzupełnia go masłem, pączkami i czekoladą). Po tygodniu faktycznie, kondycja uległa poprawie. Fizyczna. Finansowa jakby nie bardzo. Zamiast spodziewanych trzydziestu złotych nadwyżki, na koncie pojawiło się sto pięćdziesiąt, tyle, że debetu. Klasyczny błąd początkującego finansisty. W swoich prognozach Matka Rak nie uwzględniła ważnych okoliczności. Nie mówię o spadkach na rynku finansowym, ani wartości złotego. Sprawa jest bardziej przyziemna. Jadąc autobusem nie mogła wchodzić do tych małych fajnych sklepików po drodze, idąc piechotą-owszem!
Po blisko trzech tygodniach oszczędzania nasz rekin finansowy wyznał wszystko małżonkowi (zwłaszcza, że ten debet trzeba było spłacić). Rak pokiwał głową z politowaniem i oznajmił skruszonej połówce, że nie wymaga od niej takiego poświęcenia. 
-ty już lepiej nie oszczędzaj. - rzekł błagalnym tonem.
Pierwszy dzień powrotu do nieoszczędnościowego trybu życia był deszczowy. Wracająca z przedszkola Matka spojrzała z niechęcią na trzyzłotowy karnecik. Trzy złote za trzy przystanki?! Rozbój w biały dzień. Kilkanaście minut później Rak odebrał entuzjastyczny telefon.
 -kochanie! Oszczędziłam dzisiaj stówę!
Odpowiedź małżonka poprzedziło przeciągłe, pełne rezygnacji westchnienie:
-niech zgadnę. Kupiłaś na wyprzedaży spodnie za pół ceny.
-nie! Skasowałam bilet na sekundę zanim podszedł do mnie kanar!

I co powiecie, internetowe autorytety od oszczędzania?! Ja nie umiem?! 

1 komentarz:

  1. No ba!! To się nazywa umiejętność. Czekam na dalsze odsłony!!

    OdpowiedzUsuń