wtorek, 2 sierpnia 2016

Dziewczynka i rak.


Blisko dwadzieścia lat temu przyszło mi kochać dziewczynkę chorą na raka. To nie było łatwe, zwłaszcza, że sama byłam dziewczynką. A nie, bredzę, to nigdy nie jest łatwe, bez względu na to ile masz lat. Kochanie dziecka chorego na raka to współodczuwanie i współcierpienie. To irracjonalne poczucie winy- dlaczego nie ja?; i niezamierzona podłość- dlaczego nie inne obce dziecko? Kiedy kochasz dziecko chore na raka, każda wbita igła, każde cięcie, każda rana powstała na dziecięcym ciałku odznacza się piętnem na twojej duszy. Na zawsze. Nie zapomnisz, choćby życie sprezentowało ci ścieżkę usłaną różami. Gdzieś tam w tyle głowy na zawsze zostaje obraz łysej główki, wylane w chwili słabości łzy, wspomnienie przejmującej grozy. I coś jeszcze. Coś jakby... dobre wspomnienia. Bo rak to nie tylko choroba, ale również życie- w szpitalnych murach, podłączone do kroplówek, inne, ale jednak życie. Prawdziwe, takie w którym łzy przeplatają się ze śmiechem, radość ze strachem, takie raz na wozie, raz pod wozem-ekstremalne, ale jednak zwyczajne. Nie wierzysz? Odwiedź dziecięcy oddział onkologiczny. Porozmawiaj z dziećmi. Poobserwuj ich zabawy. I spójrz poza łysinę i podkrążone oczy, poza splątane kable kroplówek. To dzieci, takie same jak wszystkie inne. I rodzice, których życie zmusiło do przywdziania peleryny superbohatera.  Dziewczynki którą kochałam już nie ma. Zmieniła się w kobietę. Jasne loczki których utratę opłakiwałam zastąpiły ciemne pukle- pamiętam radość, kiedy po ostatniej chemii łysa głowa obrastała delikatnym meszkiem. Całowaliśmy tę łepetynę i mówiliśmy, że to kiwi. Dziś wybiera suknię ślubną, ale ja pamiętam inną sukienkę. Czerwoną w kratę- tak obrzydliwą, że choćbyście starali ją sobie wyobrazić, nie dacie rady. To Tomas kupił ją, bo kiedy po wielu tygodniach spędzonych w szpitalnych murach pozwolono im wreszcie wyjść na spacer ta sukienka była jedyną w pobliskim sklepie. Dziś śmiejemy się z brzydoty sukienki, z gustu Tomasa, z reakcji matek na oddziale, które zakłopotane chwaliły nowy nabytek. Śmiejemy się z "Doktora Łyska" w którego uwielbiała bawić się chora dziewczynka, a także z przybysza z planety Zero- kiedy przyczepiała sobie do łysej głowy akwariowe sitko z przyssawką. Choroba oprócz grozy i strachu zostawiła w nas coś jeszcze- poczucie siły, zdrowe priorytety i wbrew wszystkiemu-całkiem sporo wartych pielęgnowania wspomnień. Dlaczego wspominam zamierzchłe czasy-spytacie. Ano, mam córkę. I mam też świadomość, że takie "rzeczy" nie dotykają jedynie ludzi w amerykańskich wyciskaczach łez. Takie rzeczy-czytaj rak-mogą dotknąć każdego z nas, a co gorsza, każde z naszych dzieci. Moje i Twoje.Tym razem nie padło na mnie. Tym razem padło na małą  Izabelę i jej rodziców. W ciągu kilku dni życie tych ludzi wywróciło się do góry nogami. Był strach, były łzy, pewnie były też reklamacje do losu. A potem szybkie przegrupowanie- nie trzeba im przecież strachu i łez-trzeba im siły! Oglądam zdjęcia pięknej dziewczynki otoczonej uśmiechniętymi ludźmi i myślę, że oni tę siłę mają. Patrzę na zdjęcia z nosami klaunów i bańkami puszczanymi na szpitalnym korytarzu i uśmiecham się sama do siebie- znam ludzi, którzy radość życia zgubili mimo znacznie bardziej sprzyjających okoliczności. Wierzę, że ta mała dziewczynka sobie poradzi, wierzę, że jej dzielni rodzice za ileś tam lat będą mieli własne pogodne wspomnienia z tego ciężkiego okresu- własną najbrzydszą sukienkę świata. Wierzę, bo wiara naprawdę czyni cuda. Sęk w tym, że oprócz miłości, wiary i pogody ducha chore dzieci potrzebują jeszcze mniej cennych zasobów- mowa o pieniądzach. Przed Izą i jej rodziną długa i wyboista droga. Nie możemy zdjąć ciężaru z niej, ani z jej bliskich, możemy jednak sprawić, aby nie musieli martwić się o to, że leczenie okaże się zbyt kosztowne. Niewielka społeczność której członkiem miałam okazję być przez wiele lat, a do której należy rodzina dziewczynki stara się ze wszystkich sił. Dziś zapraszam Was, abyście do tej społeczności dołączyli. Dla tej uśmiechniętej błękitnookiej dziewczynki i dla siebie samych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz