sobota, 13 lutego 2016

Love krowe. Jak to robią małżeństwa.


 ***
-pamiętasz naszą rozmowę o kwiatach?
-tak.
-pamiętasz co mi obiecałeś?
-tak.
-a wiesz, że minęło od niej już pół roku?
-tak.
-to gdzie do cholery są moje kwiaty bez okazji?!
-skarbie, każdego dnia próbuję. Włączam Wikipedię i sprawdzam, czy to już. I wiesz co? Każdego dnia jest jakaś okazja! Jak nie dzień łapania za dupę, to święto niepodległości Argentyny!

***
-kochanie, nie chciałabyś poczuć wiatru we włosach? Nie chciałabyś, żebym zabrał cię w podróż gdzie oczy poniosą? Nie chciałabyś...
-nie, nie możesz kupić motocykla.
-aaaaaaaaaa!!!
***
-ej, Raku, popatrz na mojego nowego powiększającego puszapa.
-o w mordę! To jest oszustwo i powinno być karane!

***
-czy ty nie wiesz, że ta czerwona migająca bateryjka w rogu telefonu oznacza, że telefon jest GŁODNY i trzeba go naładować?!
-wiem.
-to dlaczego nigdy tego nie robisz?!
-bo nie muszę.
-co?!
-on się sam ładuje.
-jak?
-nie wiem, ale codziennie rano stwierdzam ze zdziwieniem, że jest podłączony do ładowarki, a ja go przecież nie podłączam.

***
-zrozum, nie stać nas teraz na motocykl.
-niezupełnie, bo jakby wyjąć pieniądze z naszego konta oszczędnościowego...
-jakiego konta?
-oszczędnościowego. Tego, na którym odkładamy pieniądze.
-coś mi tu nie gra. My mamy konto oszczędnościowe? A ja nic o tym nie wiem?!
-gdybyś o nim wiedziała, to ono by nie było oszczędnościowe!

***
-mamooo, nigdy ci nie powiemy co dla ciebie mamy na balentynki!
-błagam, powiedzcie! 
-eeee.... taką specjalną pompkę do pompowania... pipki! Hahahahaha!
-zabrałeś czterolatkę do sex-shopu?!
-zgłupiałaś?! Ja nie wiem co ona znowu wymyśliła! Nie kupiłem niczego w sex-shopie.
-łeeeeee...szkoda...

***
-myłaś zęby moją szczoteczką?
-żartujesz? Brzydziłabym się!
-myłaś zęby moją szczoteczką!
-tak, bo moja się rozładowała! Zresztą, podmieniłam końcówki, więc skąd wiesz?
-oznaczyłem.

***
-wiesz, zrobiłam to zamówienie w drogerii i jakoś tak... wydało mi się za dużo pieniędzy.
-to znaczy?
-dużo za dużo.
-dokładniej?
-więcej niż przedwczoraj w tym sklepie z bielizną.
-o w mordę!
-nie jęcz!
-ok, tylko wiesz co mnie zadziwia? Jak można wydać tyle pieniędzy na takie niepotrzebne pierdoły? 
-już zmieńmy temat!
-dobra, muszę podejść do paczkomatu.
-po co?
-przyszły spodnie do futbolu amerykańskiego, ochraniacze i jeszcze sobie kupiłem taki fajny.... dlaczego tak patrzysz? Co ja takiego powiedziałem?

***
-mamooo....
-powtarzam ci! Nie mamo, tylko tatooo! Wołaj tato, jak tata jest w domu.
-jak chcę pić to tez?
-tak!
-a jak zlobię kupę?
-zwłaszcza jak zrobisz kupę.
-ej, wy dwie! Co robicie?
-nic nic, takie tam babskie pogaduszki...

***
-Żaneta!!! Dlaczego nie wyrzuciłaś przeterminowanego jogurtu z lodówki?!!!!
-Michał!!! Dlaczego nie wyrzuciłeś przeterminowanego jogurtu z lodówki?!!!!
-w sumie... racja.

***
- w życiu mężczyzny przychodzi moment w którym musi postawić na swoim, nawet wbrew całemu światu. Ja jednak kupię ten motocykl.
-nie odważysz się.
-skąd ta pewność?
-a potrafisz wyobrazić sobie jaką byłabym eks żoną?
-o kurwa, wygrałaś!

poniedziałek, 8 lutego 2016

Kurza ślepota Vs potęga wyobraźni.

-Heleno, powtarzam po raz setny: ZAŁÓŻ BUTY! Za moment musimy wyjść z domu.
-mamoooo! Zalaz, jezdzę na koniu! Spójz, jest niebieski i ma tęcowy ogon! Jadę z nim do blokacialni, zeby poblokatować mu kopyta!-rzecze nieco urażona matczynym pokrzykiwaniem Helka.
-córeczko, załóż buty, bo znów się spóźnimy.-cedzi przez zęby Matka Rak, jednocześnie tuszując sobię rzęsy  prawego oka. W tym momencie Helka z impetem rzuca się na drzwi wejściowe. Głośne ŁUP sprawia, że ręka matki uzbrojona w uczernioną szczoteczkę drży. 
-Helu...- nie dane jest kobiecie skończyć, gdyż córka przemknąwszy przez korytarz i otwarte drzwi łazienki rzuca się barkiem na kabinę prysznicową. Tym razem to już nie jest ŁUP. To potężne JEB! Szczoteczka od tuszu ląduje w oczodole i w tym samym momencie kończy się resztka cierpliwości. Helka bynajmniej, nie traci czasu. W kilku susach na powrót przemierza korytarz i rzuca się na drzwi, po czym pokonuję tę samą co poprzednią trasę i podejmuje kolejną próbę zdemolowania kabiny prysznicowej. ŁUP JEB ŁUP JEB!
-Co Ty wyprawiasz?! Zwariowałaś?! Natychmiast przestań i załóż te przeklęte buty!!!!
Helka staje w bezruchu i oczami pełnymi żalu wpatruje się we wrzeszczącą matkę.
-ale... mamuniu... koń mnie poniósł i nie mogę go postsymać! Cy ty naplawdę nie widzis?
 Mrugnąwszy kilka razy rozmazanym i załzawionym okiem kobieta zdała sobie sprawę z przykrego faktu- nie widzi. Oślepła. Ona! Ta sama, która wpatrując się w gwiazdy machała do Małego Księcia i widziała wyraźnie, że on  odmachiwał! Jak to się stało? Kiedy z dziewczynki która z koca w kratkę i krzeseł budowała sobie najprawdziwsze marmurowe pałace zmieniła się w ślepą kurę, dla której wytuszowanie rzęs jest ważniejsze niż ratowanie córki przed zdziczałym poniaczem? Coś jakby wstyd i żal pojawiło się w sercu Matki Rak i w jednej sekundzie wyparło całą złość, która jeszcze przed chwilą buzowała w każdej komórce. I może to ten wstyd, a może wygięte w podkówkę usta i pełne żalu spojrzenie, a może po prostu łzawienie wywołane włożeniem szczoteczki do oka sprawiło, że wzrok kobiety poprawił się i wyostrzył. I oto stał przed nią! Niebieski jak wieczorne niebo i dziki jak wyobraźnia która go zrodziła!
-nooo, tak nie będzie! Żeby jakaś wściekła  chabeta rzucała mi dzieckiem o ściany?! Złapmy tego dzikusa!
Twarz Helki rozpogodziła się w ułamku sekundy.
-ale jak?! On jest za silny!
-mam lasso!
-mamoooo, to jest magicny koń!
-a moje lasso to nie? Ty wiesz z czego ja je zrobiłam?
-lasso to snurek...
-oooooo nie! To nie sznurek, to... warkocz najprawdziwszej komety! Specjalnie do łapania magicznych niebieskich koni.
-łaaaaaaał! Daj potsymać! Ja chcę, ja chcę!

Kilkanaście minut później wyszłyśmy z domu. Uśmiechnięte, szczęśliwe i mocno spóźnione. To zrozumiałe. Wie o tym każdy, kto próbował zagnać magicznego rumaka do "masyny uspokajającej dla nanibnych koniów". Całe szczęście, po zastosowanej kuracji zwierzak stał się do rany przyłóż. Wyszłyśmy we trzy z klatki schodowej. I wiecie co? Ślepi przechodnie  nie raczyli spojrzeć na niebieską klacz o imieniu Amelia. Ale to jeszcze nic! Pozostali ślepi nawet, gdy Amelce wyrosły srebrzyste skrzydła i szybowałyśmy ponad parkiem. A wystarczyło spojrzeć w górę...;)


 


poniedziałek, 11 stycznia 2016

Kultura wysoka i choinki.

Zachciało się Rakom kultury. Jako, że poziom wydarzenia kulturalnego należało dopasować do całej trójki,  wybór padł na lalczane przedstawienie teatralne. Dotarłszy na miejsce, rodzice posłali Helkę do  pierwszego rzędu pełnym dzieciaków, natomiast sami wcisnęli się do trzeciego. Z dumą i rozbawieniem obserwowali jak Helka ukłoniwszy się wdzięcznie zadaje uprzejme pytanie:
- dziewcynki, cy mogłybyście się trochę psesunąć?

-ależ ona jest słodka- rozpływa się Rak.
-prawda? I te jej wszystkie proszę,  dziękuję, dzień dobry!- wtóruje małżonkowi  Raczyca.
-tak, to taka mała dama! Jestem z niej dumny.

W tym czasie rzeczona dama zajęła już miejsce wśród innych "dziewcynek". Jako, że do rozpoczęcia przedstawienia pozostało kilka minut, nasza bohaterka postanowiła bacznie przyjrzeć się scenografii. Od przyglądania do wyciągania wniosków u Helki niedaleko, a jeśli już jakieś wyciągnie, nie ma siły, aby nie próbowała się nimi podzielić z resztą ludzkości. I tak odwróciwszy swoją dziewczęcą twarzyczkę w stronę rozanielonych rodziców, nasza kwintesencja delikatności rzecze:

-mamo, tato, zobaccie jakie chujowe choinki!

Gwar na widowni ucichł. Dało się słyszeć jedynie gorączkowy szept Raków:

-czy ona powiedziała... 
-tak.
-nie. Nie wierzę! Przesłyszeliśmy się.
-ja wiem, co słyszałem.
-nie, to niemożliwe, ona powiedziała... fajowe! Fajowe choinki! Patrz!

To mówiąc Matka Rak możliwie jak najciszej zawołała w stronę obytej i kulturalnej córki:

-Helu, czy ty powiedziałaś fajowe? Te choinki są fajowe?
-nie, mamuniu, one są CHUJOWE.

Raczyca cofnęła się na miejsce z twarzą na której malowały się której szok i niedowierzanie.

-mówiłem. Powiedziała chujowe.-rzekł wyraźnie rozbawiony dumny ojciec.

Matka wychyliwszy się ze swojego miejsca podjęła ostatnią próbę:

-Helenko, tak nie wolno mówić. To okropnie brzydkie słowo...
-mamo, ja wiem, ale te choinki naplawdę są chujowe!

W tym momencie niemi świadkowie owego wydarzenia przestali być niemi. Nie dosyć, że zewsząd dał się słyszeć śmiech, to jeszcze krytyka wygłoszona przez młodą miłośniczkę teatru padła na podatny grunt:

- ona ma rację! Krzywe jakieś i niedorobione.

Całe szczęście, w tym momencie wybiła godzina zero i rozpoczął się spektakl. Oglądając perypetie Zajączka i spółki, Helka klaskała, śmiała się i wykazywała oznaki najwyższej aprobaty. Sądzimy, że jej się podobało, ale pewności nie mamy. Baliśmy się zapytać...















-

wtorek, 5 stycznia 2016

Matki Rak przypadki; Listonosz nie zawsze dzwoni dwa razy.

Upociwszy się niemiłosiernie przy odgruzowywaniu mieszkania, Matka Rak pozwoliła sobie na luksus popołudniowej kąpieli. Potomkini zamknięta w swoim pokoju, jak nigdy, postanowiła fanaberię matki uszanować. Zajęta gruntownym demolowaniem świeżo wprowadzonego ładu, nie zauważyła widocznie, że rodzicielka się relaksuje. Wierzcie mi, gdyby choć przez chwilę podejrzewała, że matce jest dobrze, natychmiast próbowałaby owo "dobrze" obrócić w ruinę. Dzieci tak mają. Spróbuj usiąść z filiżanką herbaty i książką- natychmiast zachodzi gwałtowna potrzeba przytulania, całowania, opowiadania bajki, a w skrajnych przypadkach potomstwo jest w stanie dokonywać drobnych uszkodzeń ciała ( przytrzaśnięte drzwiami paluchy, guzy i zadrapania)- wszystko byleby tylko zepsuć ci chwilę relaksu. Ale wróćmy do tematu. Zafundowawszy sobie pielęgnację od A do Z, Matka Rak postanowiła poprzymierzać nowo upolowane fatałaszki. Na wdzięczeniu się do lustra kobieta strawiła dobre dwadzieścia minut, wreszcie poczuła się zmęczona byciem seksowną boginią i postanowiła wrócić do właściwego sobie stanu- matki dresiary. W tym momencie odezwał się dzwonek telefonu, a na wyświetlaczu pojawia się brodata gęba Raka. Oto za kilka minut pan domu powróci na łono rodziny. Tym szybciej należy przedzierzgnąć się w dresik- pomyślała Matka Rak, po czym postanowiła ostatni raz przymierzyć szpilki na platformie. Właśnie podziwiała efekt jaki wywierają niebotyczne obcasy na łydki, kiedy rozległo się donośne pukanie. Przekonana, że za drzwiami stoi małżonek, seksowna kocica przemierzyła korytarz i z rozmachem otworzyła drzwi na oścież, a tam... listonosz. Och, to nic takiego otworzyć listonoszowi w butach na obcasie-powiecie. Sęk w tym, że oprócz butów na obcasie nasza pożałowania godna seksowna kocica miała na sobie jedynie pomarańczowe majtasy z koronką i bokserkę Jacka Danielsa! To zmienia postać rzeczy, prawda? Listonosz zamiast "dzień dobry" rzekł jedynie "eee?" Matka Rak próbując zachować godność odparła  spokojnym tonem: proszę sekundę zaczekać, po czym zatrzasnęła drzwi i w ułamku sekundy dokonała transformacji. Gdy otworzyła drzwi ponownie listonosz uśmiechał się szeroko. Kobieta z kamienną twarzą odebrała przesyłkę. Rak, który pojawił się minutę później, na kamienną twarz nawet się nie silił. Ubawiony nowym gałgaństwem małżonki, jak zwykle wynalazł pozytywne aspekty całego zajścia.
-założę się, że już nam więcej nie wrzuci awizo, kiedy będziemy w domu!
I wiecie co? Miał rację!

środa, 9 grudnia 2015

Małe rzeczy. Wielkie rzeczy.

Czy znacie małe dziecko, które nie lubi Gwiazdki? Takie, które drażnią błyszczące ozdoby, denerwują rozświetlone drzewka? Czy znacie dziecko, które w świątecznych życzeniach, uśmiechach i dobrych uczynkach dopatruje się fałszu, obłudy i zakłamania? Ja też nie. Dzieci biorą święta z całym ich dobrodziejstwem. Cieszą się nimi, pławią w blasku choinkowych lampek, a na puste nakrycie patrzą z nadzieją, że w tym roku do drzwi zapuka strudzony wędrowiec. Niestety, z czasem ich nastawienie się zmienia. Stają się roszczeniowe, wymagające, znudzone. Już tylko najnowszy tablet, najdroższy smartfon, najszybszy quad może na moment je zadowolić. Takie czasy-powiecie? Nie, tacy dorośli!

Kolejka ma chyba czterysta kilometrów i porusza się w ślimaczym tempie. Na jej widok ogarnia mnie przerażenie. Z tymi czterystoma kilometrami może trochę przesadziłam, ale bita godzina stania to fakt. 
-Heluniu, tu trzeba bardzo długo czekać, jesteś pewna, że wytrzymasz?
-a tam w ślodku jest Mikołaj?
-tak.
-to wytsymam!
Stajemy na końcu ogonka. Helka cierpliwie czeka na swoją kolej. Oczywiście cierpliwie, nie oznacza w ciszy i bezruchu. Tańczy, śpiewa, pyta i czeka. Ona musi do Mikołaja. Ma w planach powiedzieć mu, że go kocha, a poza tym w liście nie doprecyzowała o który zestaw Lego Friends chodzi. Przed nami czeka czteroosobowa rodzina. Córka, synek, komplet rodziców. 
-tam zadają jakieś zagadki, pójdę zobaczyć-mówi chłopiec, po czym oddala się w stronę innego namiotu. W tym czasie mający dość stania w kolejce rodzice, zaczynają urabiać córkę:
-jedźmy już do domu. Tu nie warto stać. Zobacz jakie to wszystko dziadowskie!
-ja chcę do Mikołaja.
-a widzisz jaka tu jest kolejka, inteligencie?- dopytuje tata.
-ale jest Mikołaj. Będę miałą zdjęcie z Mikołajem! -odpowiada niezrażona dziewczynka.
-a idź, myślałam, że jesteś mądrzejsza-wtrąca się mama.
Dziewczynka robi hardą minę i stoi dalej. Rodzice głośno komentują.
-ale gówno. Takie dziadostwo ludziom puszczają. Stać godzinę w kolejce po zdjęcie z gościem ze sztuczną brodą. Tam jeszcze coś rozdają, ale kolejka gorsza niż tu. 
-też pewnie jakieś gówno.
Gówno przewija się w dialogu tej pary raz po raz. Gówniane namioty, gówniany mikołaj, gówniane zdjęcia i gówniane upominki. Iście magiczna kraina, wszystko wyrzeźbione z gówna! I żeby nikt mnie nie oskarżył o podsłuchiwanie! Tych ludzi słyszy cała kolejka. Ich słowa wreszcie docierają do uszu Helki. 
-mamusiu, a ten Mikołaj jest plawdziwy?
-jest tak prawdziwy, jak tylko Mikołaj może być prawdziwy! -odpowiadam, sprytnie nie okłamując dziecka.
-to dobze. Bolą mnie tlochę nogi. Następnym lazem psyniesiemy jakieś ksesło!
Tymczasem przed nami dzieje się rzecz następująca. Oto na łono rodziny wraca chłopiec, który poszedł szukać innych atrakcji. Uśmiechnięty od ucha do ucha pokazuje swoją zdobycz:
-dostałem taką kolorową posypkę do ciasteczek. Tu jest też przepis i można...
-ale gówno!-przerywa tata.
-ja i tak kupię gotowe.-dodaje mama.
Chłopiec markotnieje. Przed chwilą myślał, że to fajnie, jak ktoś ci coś daje, nawet, jeśli to tylko drobiazg, teraz już wie, że to wszystko to GÓWNO! Rodzice stoją w kolejce jeszcze kilka minut. Wreszcie znudzeni tłumaczą córce, że w namiocie nie ma prawdziwego Mikołaja, tylko jakieś sztuczne plastykowe... tak, macie rację- znowu gówno. Zdjęcie z Mikołajem to wydarzenie, powód do radości, chwila pełna emocji. Ale kto by tam stał godzinę w kolejce po zdjęcie z gównem? Wobec tak postawionej sprawy, dziewczynka daje za wygraną. Rodzina odchodzi,  kolejka przyspiesza. Stoimy dalej. Po godzinie drzwi namiotu rozchylają się przed nami. Co widzę? Za chudego, za młodego chłopaka w niedopasowanym kostiumie. Helka chyba widzi coś innego. Z szeroko otwartymi oczami wpatruje się w pozłacany tron i białą brodę. Z przejęcia zapomina języka w gębie. Mikołaj zaprasza ją gestem, wreszcie wstaje i wyciąga do niej ręce. 
-mamo, chodź ze mną, bo tego nie wytsymam!
Po chwili w nasze ręce trafia jedno z paskudniejszych zdjęć jakie kiedykolwiek nam zrobiono.  Wracamy do domu z tarczą. Rozpromieniona Helka krzyczy od progu:
-tato, nie uwiezys!
Jest zachwycona. Siedziała przez chwilę na Mikołajowych kolanach. Ma na to dowód. Martwi się jedynie, że nie zdołała mu powiedzieć, że chodziło jej o Bazę Ratowniczą. W końcu jednak stwierdza, że Mikołaj nie taki głupi, z pewnością wie. 
W głowie Matki Rak kłębią się smutne myśli. Bo sama też ma na sumieniu niejedno bezmyślnie rzucone: ale dziadostwo. Robi w myślach plany naprawcze. Kiedy kilka dni później natrafia w parku na oświetlone drzewo, zamiast dać przyzwolenie na myśli w stylu- eeee, tylko jedno...- biegnie do domu po Helkę. Drzewo zostaje ochrzczone mianem magicznego. I dzieje się cud. Abo drzewo w istocie jest magiczne, albo odtańczony wokół pnia taniec radości sprawia, że Matka Rak nie musi już udawać swojego entuzjazmu. Iluminacja jest piękna, a radość, jaką daje Helce działa wyłącznie na jej korzyść. Spod drzewa ruszamy wprost pod ratusz. A tam... nawet krzywy anioł wygrywający na trąbie zyskał na urodzie. Lodowisko, które kilka dni temu wydawało się małe i brzydkie, już takie nie jest. Cóż za szczęście, że W OGÓLE JEST! Tak oto wygląda świat oglądany oczami dziecka. Przynajmniej do momentu, w którym naszym dorosłym narzekactwem nie zniszczymy dzieciom wzroku. Na szczęście Matka Rak przejrzała na oczy. Nieważne, czy za sprawą świątecznej magii, czy też krzywego zwierciadła, w którym przejrzała się stojąc w kolejce do gównianego Mikołaja.

wtorek, 17 listopada 2015

Sztuka spadania.

-uuuuuueeeeeeee... mamooooo...buuuuuu!!!
Odwracam się. Helka leży na mokrym betonie. Na brzuchu. Wystrojona w nową kurtkę za kupę pieniędzy. Podnoszę wrzaskuna i spokojnie oceniam straty. Uff, kurtka cała. Kolana trochę zdarte, ale pragmatyzm silniejszy niż troska. Bądźmy szczerzy, dziury na kolanach zrastają się stosunkowo szybko. Dziury w kurtkach za kupę pieniędzy nie zrastają się wcale. Zdarte noski nowych miodowych butów (też za kupę pieniędzy, a jakże) nie zrosną się z całą pewnością. Wzdycham i tulę. 
-boli? Pocałować?
-taaak-chlipie Helka- to wsystko psez bieganie! Juz nigdy nie będę biegać!
-córeczko, tak nie wolno. Chcesz przestać biegać, bo się przewróciłaś?
-taaak... chlip! Juz się nigdy nie psewlócę!
- przewrócisz się jeszcze tysiąc razy. I za każdym razem wstaniesz i pobiegniesz dalej.
-nie mogę, kolana nie są w odpowiednim stanie...słabe chlip.
-no może dzisiaj nie, ale jak tylko odpadną strupy, znowu będziesz biegać. 
-po co?
-ponieważ bieganie to świetna zabawa, ponieważ to lubisz, ponieważ jesteś struś Pędziwiatr. Nie wolno ci rezygnować z czegoś co się lubi ze strachu, że się przewrócisz. Wszyscy się przewracają.
-a dolośli nie.
-dorośli też! Poczekaj aż spadnie śnieg. Zobaczysz jak się damom obcasy będą na chodnikach rozjeżdżały! 
-tobie tez?
-a jakże!
-a ty się psewlóciłaś?
-a bo to raz! Każdej zimy zaliczam spektakularną glebę, tyle, że ja się przewracam na tyłek, nie na kolana. 
-hahaha, a ja mogę to zobacyś? Jak spadas na pupę!
-zobaczysz nie raz. A ja i tak będę chodzić na obcasach!
-bo lubis się pzewlacać? 
-bo lubię obcasy tak jak ty bieganie.
-mądla mamusia!
-mądra córeczka.
Tu następuje chwila zadumy. Łzy zdołały obeschnąć, tylko ciemne plamy na szarych rajstopach przypominają o niedawnym dramacie. No i pal je licho-noski butów. Nagle mgiełka zamyślenia znika z czarnych oczu, a trójkątna twarzyczka przybiera chytry wyraz. Drobna rączka puszcza moją dłoń i całe piętnaście kilogramów  szczęścia rzuca się do przodu. 
-ścigamy się do pomnika!

wtorek, 10 listopada 2015

Było sobie życie...

Matka stoi nad zlewem. W spracowanej dłoni dzierży druciak. Od dobrych kilku minut stara się zdrapać z dna przypalonego garnka resztki sczerniałego ryżu. Taka tradycja. Przypalanie ryżu to specjalność matki. Pochłonięta myślami w stylu: ostatni raz, gówniana robota oraz ryżu-sryżu się zachciało, nie zauważa, że tuż za nią pojawia się córka.

-mamooo, a skąd wylatują siki?
-z pęcherza moczowego. Masz w brzuszku taki woreczek. Kiedy jest pełny, czujesz, że chce ci się siusiu.
-a chłopcy siusiają pAnisami?
-tak.
-a dziewcynki?
-dziewczynki i kobiety mają takie specjalne dziurki-cewki moczowe.
-aaaa, to juz wiem. Zajzyłam.

I tyle. Obraca się dziewczę na pięcie, matka skrobie gar. Znów zatapia się w nienawistnych myślach.

-mamooo, a kupy tez z pęcheza?
-no coś ty? Siusiasz i robisz kupę tak samo?
-eee, nieeee. Zajzyłam.
-no właśnie. Od kupy są jelita. Takie długie poskręcane rurki w twoim brzuszku.
- aaa, to juz wiem!

Znów obraca się na pięcie, a matka szuru buru, szuru buru...

-mamooo... a my mamy w bzuchu pęcheze i jelitę, to gdzie mieści się ten wolek z dzidziusiem?
-tłumaczyłam Ci przecież. Ten woreczek jest malutki, a jak dziecko rośnie, powiększa się brzuch.
-taaak. Jak Tobiasek był w ślodku, to ciocia miała oglomny bzuch!
-no właśnie.
-aaa to juz wiem.

Na czym to ja... a! Szuru buru...

-mamooo, a któlędy dzidziuś wychodzi?

Druciak nieruchomieje. Do tej pory wystarczało, że z brzucha. Matka bierze głęboki oddech, odwraca się i tłumaczy.

-widzisz, obok dziurki do siusiania kobiety mają jeszcze jedną dziurkę.
-do lobienia kupy...
-nie! To znaczy też, ale nie mówimy o tej! Jest jeszcze jedna. I to przez nią rodzi się dzieci.
-to znacy, ze dzieci lodzą się psez waginę?
-dokładnie tak.
-oooo, głuptas ze mnie, ja sądziłam, ze psez pępek!
-nieee, przez pępek nie da rady. Yyy, wiesz już wszystko, czy chcesz spytać o coś jeszcze?
-eee, juz nic.

Matka oddycha z ulgą. Nagle szorowanie przypalonego garnka staje się łatwiejsze i całkiem przyjemne.

-mamooo...

Włoski na matczynym karku stają dęba.

-słucham kochanie?
-a to zialenko z któlego lośnie dzidziuś... skąd ono się bieze w bzuchu mamy?
-yyy...

Badawcze spojrzenie, uniesiona w wyrazie oczekiwania brew.

-... tatuś je tam wkłada. -odpowiada matka, czując, że w gardle jej nieco zaschło.

-aaa, to juz wiem.

Matka odwraca się w stronę garnka. Jakoś poszło-myśli. Tylko co będzie następnym razem?

-mamooo...
-słycham córeczko?- a w myślach -o kurwa, co teraz?! Mogłaś mówić, że bocian!
-mogę ciastko?
-tak!
-to dzisiaj niedziela?!
-wtorek, ale to nic.
-i das mi ciastko z cuklem?!
-tak, jeszcze ci drugą bajkę włączę.
-dlugą bajkę i ciastko? Chyba byłam stlasnie gzecna!
-Strasznie to dobre słowo. Jaką chcesz bajkę?
-było sobie zycie.

Obstawiam, że będzie już tylko gorzej...