czwartek, 18 grudnia 2014

Co? H2O!

Jak wiecie, ja i Helka jesteśmy blogerkami. Wiadomo też, że blogerki testują najróżniejsze dobra, dzielą się spostrzeżeniami i dostają intratne propozycje od wielkich koncernów, po czym robią zawrotną karierę i stają się bywalczyniami salonów i Pudelka. Wiadomo też, że nam dwóm taka świetlana przyszłość nie grozi. Nie ma się co dziwić, jak człowiek zaczyna karierę od zajadłej krytyki najsłynniejszego producenta jeżdżąco-świecących pierdół...wróć...zabawek na świecie, to niech się potem nie dziwi, że drzwi do sławy zatrzaśnięte przed nosem. No strzeliłyśmy sobie w kolano, niech będzie. Pogodziłyśmy się już z tym, że za free to tylko anonimowego hejta można dostać, aż tu nagle...propozycja dołączenia do grupy testujących. W myśl zasady, że za darmo to i ocet słodki, zgodziłyśmy się zanim powiedzieli co mamy testować. Szczęściem, nie przysłano nam maści na hemoroidy ani kremu na odparzenia, a dzbanek filtrujący. Co z tego wynikło? Już piszę:

Testerka 1: Helka.

Testerka nie obciążona żadnymi szkodliwymi mitami, kreatywna, uwielbiająca doświadczenia.

Stwierdza co następuje:

Zalety:

Dzbanek filtrujący DAFI doskonale sprawdza się w charakterze pojemnika na stare wysuszone kasztany. Doskonale sprawdza się również jako tuba, kiedy wrzeszczy się do niego : wchała na wysokości, wchała na wysokości a pokój na ziemiiii!
Produkt wysokiej jakości, przeszedł wszystkie krasztesty ( trzy razy huknął ze stołu na kafelki).

Wady:

Z racji swojego kształtu nie nadaje się do założenia na głowę, nie może być zatem kapeluszem, rycerskim hełmem, ani czarodziejską tiarą.

http://www.dafi.pl/nasze-produkty/dzbanki-do-filtrowania/astra-30-l/


Testerka 2: Matka Rak.

Testerka mocno obciążona szkodliwymi mitami na temat picia nieprzegotowanej wody. Do niedawna jej hobby było wyparzanie wszystkiego, co miało trafić w ręce Testerki 1. Leniwa. Kreatywność zerowa. Jedyne zastosowanie dzbanka, jakie udało jej się wymyślić to nalanie do niego wody.

Stwierdza co następuje:

Zalety:

Zmniejszenie osadzania się kamienia w czajniku elektrycznym przy stosowaniu filtrowanej wody to FAKT. A nie wierzyłam.

Filtrowana woda z kranu nadaje się do picia, nie ustępuje smakiem butelkowanej i NIE WYWOŁUJE groźnych chorób. Też nie wierzyłam. Do dziś boję się zapalenia opon mózgowych, jakie miała wywoływać kranówka. Fakt, mówiono tak ponad dwadzieścia lat temu, ale ja mam niestety świetną pamięć.

Kiedy pijasz filtrowaną kranówkę, nie pijesz wody butelkowanej. Co za tym idzie, nie płacisz za nią, nie taszczysz zgrzewek do domu (to kłopotliwe, zwłaszcza w domach, w których pije się dużo wody), nie wynosisz stosów butelek (tu włącza się jeszcze aspekt ekologiczny). Tak po ludzku- mniej roboty i oszczędność( miesięczny filtr to koszt około 9 złotych)

Wady:

Dzbanek nie jest samodzielny. Nie potrafi wymienić sobie filtra, a co gorsza, nie chodzi po niego do sklepu.  A powinien!


Reasumując, polecamy. 

Testerki O MATKO I CÓRKO...;)







czwartek, 11 grudnia 2014

Quo vadis, Helko?

 Córeczko!

Wyznaczyłam cel sobie i Tobie. Ja mam wychować silną, odważną i empatyczną kobietę. Ty masz na nią wyrosnąć. W tej podróży nie ma GPSa. Błądzimy po omacku. Mamy jednak cel-a to już coś, nie zmierzamy donikąd. Co i rusz zatrzymujemy się, aby zapytać o drogę, upewnić się, że nie błądzimy. Czasem bardzo się boję, bo wokoło las gęsty i ciemny. Wtedy jednak Ty pokazujesz mi drogowskaz-spójrz mamo, dobrze idziemy! Czasem tym drogowskazem jest jeden czuły gest wobec lalki, misia, innego dziecka. To, że  tak jak wczoraj podnosisz z ziemi pomarańczę, aby podać kobiecie, której wypadła. Sama z siebie, ot tak. To u Ciebie naturalne, jak buziak z rana. Albo wtedy, gdy myślałam, że przez moje podejście wyrośniesz na ofiarę losu! Tłumaczyłam, że na placu zabaw trzeba czekać na swoją kolejkę. Uwierzyłaś, bo przecież zawsze mi wierzysz. Stałaś jak sierotka Marysia, a inne dzieci jedno po drugim odpychały Cię i wyprzedzały. Byłam w kropce. Załamywałam palce i zastanawiałam się, czy nie kazać Ci popchnąć, wyprzedzić, nie dać się. Pewnego dnia sama doszłaś do właściwych wniosków. Chłopiec przerastał Cię o głowę, a Ty mimo to "zczyściłaś" go jak mamuśka. Do tej pory pamiętam minę mamy chłopca, kiedy maleńka dziewczynka trzymając jej synka za rękaw krzyczała: chłopcyku, telas moja kolej! Nie wolno się wpychać! Cy ty chces być łobuzem?! Od tamtej pory jestem spokojna. Widzę, że świetnie sobie radzisz. Nie usłyszysz ode mnie popchnij, wepchnij się, oddaj mu, mimo to wiem, że ofiarą losu nie będziesz. Skąd wiem? Bo nie usłyszałaś i nie usłyszysz również innych rzeczy: co wolno wojewodzie, to nie tobie..., nie interesuj się, nie masz prawa. Ty masz prawo! Nie jesteś ani ważniejsza ode mnie i taty, ani mniej ważna. Masz swoje miejsce, swoje obowiązki i swoje prawa. Ja decyduję o tym, co oglądamy, co kupujemy, dokąd wychodzimy, Ty decydujesz w co się bawimy, które spodnie na siebie zakładasz, co zjesz na śniadanie. Czasem słyszę, że to źle, że wejdziesz mi na głowę, że będziesz okropna. Nie wierzę w to. Już byś taka była, tymczasem jest dokładnie na odwrót. Każdy kto spotka Cię osobiście widzi, że nie ma w tobie ani krzty agresji, złośliwości i roszczeniowej postawy. Jesteś hałaśliwa, ruchliwa, głośna. No i pomysły masz absolutnie kosmiczne Ale jaka masz być? Twój tata nie potrzebuje megafonu, żeby na sąsiedniej ulicy słyszeli co mówi mi szeptem do ucha. Mama...no cóż,buzia jej się nie zamyka.
Nie znasz dyscypliny, rygoru i moresu. Znasz jednak konsekwencje. Nie wprowadziliśmy Ci miliona zasad i zakazów, bo sami nie potrafilibyśmy ich respektować. Wprowadziliśmy kilka, które dotyczą nas wszystkich i którzych staramy się trzymać:
-Nie wolno robić krzywdy NIKOMU. 
-Nie wolno mówić "nie umiem" zanim się spróbuje.
- Dbamy o swoje zabawki. 
-Trzeba się kochać i szanować. 
-Musimy ze sobą rozmawiać i często się przytulać.
-No i staramy się nie siorbać przy jedzeniu, ale tacie nie zawsze wychodzi.

Wiem, że nie jesteś na tym świecie dla mnie. Nie mogę i nie chcę wychować Cię na moje potrzeby i na moją miarę. Nie mogę zdecydować dokąd pójdziesz, gdy pewnego dnia staniemy na rozdrożu i okażę się, że dla mnie przejścia nie ma. Pójdziesz sama. Chcę Cię na tę drogę wyposażyć. Nie w komplet ekskluzywnych, wypełnionych po brzegi walizek. Nie jesteś przecież tragarzem. Życie to podróż, a nie zorganizowana wycieczka z pilotem. Masz być więc prawdziwym globtroterem, a ja dam Ci na drogę niewielki tobołek. Nie będzie Ci ciążył. Włożę do niego odwagę, siłę i empatię. Myślałam, że moje serce też, ale ono jest przecież zbyt ciężkie od trosk, lęku o Ciebie i czasem niezbyt mądrej miłości. Z pewnością by Ci ciążyło. Zostawię je zatem sobie, tak abyś miała do czego wracać.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo dziś rano, po raz kolejny pokazałaś mi drogowskaz. Zboczyłam ze ścieżki. Ty nie. Nie byłaś bardziej hałaśliwa, żywiołowa, czy upierdliwa, niż zwykle. Ja miałam za to mniej cierpliwości i bolała mnie głowa. Wrzasnęłam paskudnie. Złość wypełniała mnie jeszcze wtedy, gdy mój wrzask przebrzmiał w naszych uszach.
-uspokój się, mamo. Na dzieci nie tseba ksyceć. Dzieci tseba kochać.

 Jak to jest, że choć masz tylko trzy lata, mówisz rzeczy mądrzejsze, niż większość dorosłych których znam?  Jestem z Ciebie dumna, córeczko.

Mama.

czwartek, 4 grudnia 2014

Mikołaj do lamusa.

Matka Rak jak zwykle, nie w temacie. Zajęta przedświąteczną ewangelizacją Helki, klejeniem papierowych łańcuchów oraz pisaniem listów do Mikołaja, nie zauważyła, że przez środowiska rodzicielskie przewala się nowy trend. Znów jestem passe. Okazało się bowiem, że uwaga, uwaga: MIKOŁAJA NIE MA! Że nie przynosi prezentów, to ja się sama domyśliłam, bo od kilku lat regularnie czyści mi konto, ale żeby tak definitywnie-nie ma i już?! Od razu nasunęło mi się pytanie: cóż ty matkom zrobił, Mikołaju? Dlaczego chcą Cię uśmiercić, dlaczego chcą Cię wyrzucić z dziecięcych serduszek i wyobraźni? Odpowiedź uzyskałam dość szybko. Na jednym z portali wyczytałam co następuje:
Mikołaj nie istnieje. Nie przynosi prezentów, nie fruwa saniami, nie pcha grubego tyłka przez komin,ani nawet nie lubi mleka i ciasteczek. Jest kłamstwem, a dzieci nie wolno okłamywać. Okłamywanie dzieci zemści się w przyszłości, kiedy to odkryją brutalną prawdę. Zawód, jaki odczują będzie rzutował na dalszych relacjach z rodzicami. Poczucie destabilizacji, zagubienie i utrata zaufania do rodziców-to już krok w stronę uzależnień, złamanego życia, śmierci z przedawkowania itd., itp. Nie kłamię. Z tymi uzależnieniami to trochę dodałam dramatyzmu, ale reszta się zgadza. A więc, od dziś, kochani moi, nie okłamujemy dzieci! Na początek spalmy dziecięce biblioteczki. Do pieca z Alicją, Piotrusiem, Małym Księciem! Zwęglić baśnie i bajki! Na stos z wróżkami, elfami i resztą bajkowej hałastry! Następnym krokiem będzie naturalnie puszczenie z torbami Walta Disneya. Nosz chyba nikt nie nakładł do dziecięcych głów więcej kitu, niż on. Kiedy z ostatniego Disneylandu zostaną już tylko zgliszcza, czas zająć się wychowaniem. Bez kłamstw! Na dzień dobry, będę zmuszona wyznać Helce w pierwszy dzień szkoły:
-córeczko, od teraz czeka cię ładnych kilka lat zawracania tyłka. Pierwsze klasy będą nawet przyjemne, a potem zapał ci się skończy. Będziesz jeść surowe ziemniaki, moczyć termometr w herbacie i kombinować jak koń pod górę, żeby tylko tu nie przyjść! 
Albo taka wizja:
Ośmioletnia Helka:
-mamusiu, jak dorosnę zostanę modelką!
-zgłupiałaś? Spójrz na mnie! Z Twoimi genami, to będziesz miała metr sześćdziesiąt w kapeluszu i dupsko jak szafa trzydrzwiowa.
Albo dalej, Helka nastolatka:
-mamo, czy w tym świecie możliwa jest prawdziwa wolność jednostki?
-taaa. Pod warunkiem, że starzy ci nie wykopyrtną  przed spłatą hipoteki. Jeśli zostawią ci mieszkanie, to po całym roku tyrania będziesz mogła wyjechać na tydzień w Bieszczady. Tyle z wolności.
Nawet nie chcę myśleć, co musiałabym jej powiedzieć w dniu ślubu!
Ładna wizja, co? No wyobraźcie sobie, że od dziś mówimy dzieciom całą prawdę: synek, zjedz ten paskudny obiad ze słoiczka. Śmierdzi i sama bym nie tknęła, ale ty jedz!
albo:
...i wtedy wilk rozszarpał babcie. W dawnych czasach mówiono, że połknął ją w całości, dzięki czemu przeżyła w jego brzuchu, ale to nieprawda. Nie dałby rady, a nawet gdyby i tak by umarła. Soki trawienne są bardzo żrące...

Noooo, kochani! Ja postoję. Dalej będę wykładać kasę za Świętego. Dlaczego? Bo przeraża mnie wizja ograbienia Helki z tego, czego sama miałam pod dostatkiem: radosnego oczekiwania, spoglądania w niebo, pisania listów. Wierzyłam. Gorąco wierzyłam. Nawet kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że coś tu nie gra, wierzyłam tak długo, jak było mi to potrzebne. Aż pewnego dnia dotarła do mnie prawda. Może nawet faktycznie trochę bolało. Chyba powinno. W końcu to dorastanie.



niedziela, 30 listopada 2014

Polish horror story, czyli zakupy z Helką.

Jak każda szanująca się polska rodzina, postanowiliśmy uczcić weekend wspólnym wypadem do centrum handlowego. Był czas, kiedy szydziłam z tego typu wątpliwych rozrywek, ale jak zwykle: ideały swoje, a życie swoje. Trzeba jeść, trzeba się ubrać a w tygodniu nie ma szans na duże zakupy. Rak pracuje do późna, a Matka...jakby to... mam! Ośrodki Ruchu Drogowego w tym kraju sprzysięgły się aby nie dać Matce Rak prawka. Jest to naturalnie spisek, nie mający żadnego uzasadnienia w prezentowanych przez w/w umiejętnościach. Zawiść i małostkowość oto co łączy wszystkich egzaminatorów z którymi do tej pory poszkodowana miała styczność. No bo jak to tak,że podwójna ciągła, że lewo zamiast prawo, że pod zakaz wjazdu- to zaraz trzeba oblewać?! Chyba pójdę z tym do Sztrasburga, bo w tym kraju nie ma sprawiedliwości! Dobra, dobra, wracam do sedna: brak prawka uniemożliwia kobiecie podróż do świątyni konsumpcji w tygodniu. A zresztą, kogo ja chcę oszukać? I tak nie poszłabym z nią sama do sklepu z ubraniami, bo strach Pokusiłam się raz. W ramach żartu odsłoniła mi kotarę przebieralni i to akurat w momencie, kiedy ze spodniami spuszczonymi do kostek próbowałam wyplątać głowę i ramiona z sukienki w rozmiarze S, którą optymistycznie zabrałam do przymiarki. Żart się udał, bo dzieciak był równie wesół, co reszta klientów. Od tamtej pory sklepy odzieżowe omijamy szerokim łukiem. No chyba, że tak jak ostatnio- towarzyszy nam Rak. We dwoje mamy większe szanse na ujarzmienia żywiołu zwanego Helką. I tak nie jest łatwo! Wszelkie próby tłumaczenia dziecku, że nie wolno czegoś dotykać spełzają na niczym. 
Jako świadoma swoich praw konsumentka, Helka wie, że wolno jej dotykać , przymierzać i testować do woli. Ściaga wieszaki, biega po sklepie, chowa się między ubraniami i czeka, aż usłyszy spanikowany głos matki: Helu, Helusiu, Helena!!! Raczek, nie ma jej! -wybiega wówczas z ukrycia szczerząc kły i ciesząc się ze szkód w psychice, których doznała rodzicielka. Ani: bo się zgubisz i nie wrócisz do domu!, ani: bo mama dostanie zawału i zejdzie!, ani nawet: bo nie zobaczysz słodyczy do osiemnastych urodzin!, nie przynoszą rezultatu. Nic nie jest w stanie wyprostować spaczonego helkowego poczucia humoru. A już najgorzej jest, jak pomaga! -mamo, a to się psyda?-wrzeszczy, ciągnąc po podłodze stos sukienek. Panie z obsługi sklepu rzucają takie spojrzenia, że skóra na karku cierpnie ze strachu. Mnie, Helka ma to w poważaniu. Ludzie patrzą z dezaprobatą: kolejna ofiara bezstresowego wychowania! wisi w powietrzu.  Robiąc dobrą minę do złej gry zbieram z podłogi lumpeks zaprowadzony przez dziecię i tłumaczę: -nie wolno tak robić...bla..bla...bla. Naturalnie Helka już tego nie słyszy, bo w drugim końcu sklepu ściąga szmaty z innego wieszaka.W takich momentach pojawiają się wątpliwości, pytam więc Raka, który próbuje wybrać kilka ciuchów:
-kochanie, przypomnij mi dlaczego zabraliśmy ją ze sobą?
-bo nie mieliśmy jej z kim zostawić.
Po chwili dziecko demoluje wystawę ( zobac mamo, jakie ślicne. Psyniosę ci to!) oraz zagląda obcym do przymierzalni.
-kochanie, przypomnij  mi dlaczego dzieci nie wolno bić?
-bo to oznaka słabości charakteru, braku szacunku i empatii. Bo to nieskuteczne, niemoralne i niezgodne z prawem.
-okej, przypominaj częściej.
 Kiedy niezbędne rzeczy zostają wybrane i czas udać się do kasy, dziecko jest już "na uwięzi". Trzymane za rękę całą mocą matczynego uścisku. Myli się jednak ten, kto myśli, że dalej pójdzie z górki. Wystarcza bowiem sekunda nieuwagi, aby więzień czmychnął, wdrapał się na drewnianą półkę i ku uciesze gawiedzi na całe gardło wyśpiewał przebój: wlazł kotek na płotek po żerdziiiii, najadł się kapusty i pierdziiiiii!
-kochanie, przypomnij mi dlaczego my wogóle postanowiliśmy mieć dziecko?
-aż takiej pamięci to ja nie mam...

czwartek, 27 listopada 2014

Rozmowy w toku.

Schyłek listopada to dobry moment aby co nieco podsumować. Jako, że cały miesiąc upłynął nam pod hasłem: podróże i smarki, nie było dużo czasu na pisanie. Nie pisałyśmy zbyt wiele podczas tygodniowej wizyty u Gagi, nie pisałyśmy podczas maratonu przeziębień i zapaleń. Nadrobimy! Niniejszy post powstał, aby listopadowe cytaty z Helki nie odeszły w odmęty niepamięci. Szkoda by takich mądrości...

.......................................................................................................................................................................................
 Helka i magia przyjaźni.

-mamo, chces być moją syjaciółką?
-oczywiście, skarbie!
-to pomós mi zbielać klocki!
........................................................................................................................................................................................
Helka i zapędy kolekcjonerskie.

-nie mam takiej kucykowej lalki.-rzecze smutnym tonem Helka, kontemplując gazetkę z Biedry.
-skarbie, masz cztery kucykowe lalki.-ripostuje Matka Rak.
-ale nie mam tej Laliti.-przekonuje dalej córka.
-a do czego ona jest ci potrzebna?
-bo jak bendem ją miała, to będzie mi blakowało jus tylko jednej!
..........................................................................................................................................................................................
Helka igry miłosne.

-Kalol jest moim kłopakiem!-napastliwym tonem rzecze Helena.
-nie żartuj, on jest mój!-odpiera atak Józia.
-ja się z nim całuję i go sytulam, on jest moim menzem.
-ja robię z nim to samo. Niby dlaczego ma być twój?
-bo on mi dał na ulodziny piękną Lopuntkę (Roszpunkę).
-o tyyyy! To był nasz wspólny prezent, ja też ci ją dałam!
-tak, ale on baldziej tsymał pudełko!
......................................................................................................................................................................................
Helka i umiar.

Dowiedziawszy się o brakujących lalkach, babcia Tasia wyskoczyła z gotówki, wpłacając ją na fundusz kolekcjonerski Helki. W te pędy podreptałyśmy do Biedronki zakupić brakującą Rarity. Traf chciał, że towarzyszyła nam babcia Gaga.
-no, którą wybierasz?-pytam.
-to taki tludny wyból!-rzecze Helka wpatrzona z nabożnym uwielbieniem w dwie paskudy trzymane w rękach. W tym momencie Gaga dostaje charakterystycznego dla zakochanych babć cielęcego spojrzenia i łagodnym tonem podpytuje:
-a co gdybyś dostała obydwie?
-no to jus by było za duzo!

 Tego było za dużo. Dla Gagi.Tym sposobem Helka zebrała kolekcję sześciu kolorowych paskud.
......................................................................................................................................................................................
Helka i filozofia miłości.

Trochę z nudów i trochę dla zgrywy pytam córkę:
-Heleno, co jest najważniejsze w życiu człowieka?
-selce- odpowiada zagadnięta, a mnie wstyd. Chciałam się pośmiać z głupot, które usłyszę, a tu nie ma się z czego śmiać.
-a dlaczego serce?-dopytuję.
-bo doble selce to pomaganie i jesce lobienie systkiego lazem.
-masz rację, mądra z ciebie dziewczynka.
-selce jest wazniejse niz ładna buzia.-dodaje na odchodnym filozofka.  
......................................................................................................................................................................................
Helka i sprytne rozwiązania.

Chcąc pozbyć się upierdliwca z kuchni proponuję:
-córeczko, co ty chcesz dostać od Mikołaja?
-lalkę z ogultem, walizkę biedlonkę i dinozalła ! (skuter wybiłam jej z głowy).
-no to musimy wysłać list! Idź do swojego pokoju i narysuj to wszystko na kartce. Wyślemy Mikołajowi, żeby wiedział co ci przynieść.
-dooobla.-odpowiada niechętnie Helka i wychodzi do pokoju. Dumna z własnego sprytu Matka Rak w ciszy i skupieniu oddaje się szorowaniu garów. Wylicza, że na narysowanie listy życzeń córka będzie potrzebowała co najmniej 15 minut. 20-jeśli zechce to pokolorować. Tymczasem po 15 sekundach artystka z powrotem pojawia się w kuchni.
-no bez jaj! Już narysowałaś?
-tak, zobac-mówi i podaje mi kartkę, na której widnieją cztery krzywe kwadraty.
-że co to niby jest?
-plezenty. Juz zapakowane, blakuje tylko kokaldek!

sobota, 15 listopada 2014

Bolesne wspomnienia.

Było nas pięcioro. Stawiał nas w rzędzie, jak skazańców. Starsi mieli wzrok wbity w podłogę, obrzydzone spojrzenia. Najmłodszy, nieświadomy oblizywał się chciwie, jak gdyby czekała go słodka nagroda. Wówczas ON, nasz kat, podwijał rękaw koszuli. Wiedzieliśmy, że nie będzie wyjątków ani litości. Nikomu nie przepuści. Kiedy sięgał do szuflady dreszcze opanowywały moje ciało. 
-nie chcę. Nie możesz mnie zmusić!
-siedź cicho, bo ci zrobię kanapki z czosnkiem i kiszoną kapustą do szkoły!
Otwierał słoik i w powietrzu unosił się smród zdolny budzić umarłych. Łzawiące oczy ciskały gromy. Ależ ja go wtedy nienawidziłam! 
Gmerał wielką łyżką w słoiku wypełnionym szklistą rąbanką,a ja miałam ochotę uciekać, jednak kiedy wyjmował łychę i podsuwał pod mój nos, posłusznie otwierałam usta. Syrop z cebuli! Syf, jakiego próżno szukać w świecie. Słodki cuchnący ulepek. Dwa razy dziennie przez cały okres jesienno zimowy. Byłam przekonana, że moi rodzice to zacofane dziwolągi, które pewnego pięknego dnia wsadzą mnie do pieca na trzy zdrowaśki, albo zaczną praktykować inne voodoo czary mary. Poprzestali na pojeniu cebulowym syropem, karmieniu czosnkiem, kiszonkami, mlekiem z masłem i innymi ohydztwami. Od czasu do czasu przystawili bańki, albo wysmarowali gęsim smalcem (lubowali się w śmierdzących kuracjach).
Dziś sama jestem matką. Zacofanym dziwolągiem. Nadal nie wierzę w bańki i gęsi łój (choć to pewnie też tylko kwestia czasu), jednak cebulowy syf funduję dziecku dwa razy dziennie-wielką łychą. I czosnek- w ilościach hurtowych. Do tego miód. Pierwej sczeznę, niż podam Helce jakieś chemiczne dziadostwo z apteki. A sama zainteresowana? Póki co się nie buntuje. Otwiera gębę, łyka z ochotą, po czym wrzeszcząc na całe gardło:
-cebulowy ataaaaak!- chucha ojcu w twarz. Zapewne nadejdzie dzień, w którym zwątpi w moc matczynych kuracji, oraz w pełnię władz umysłowych staruszków. Do tego momentu jednak zakodujemy w niej stare babcine sposoby. A kiedy nadejdzie czas, ona też przypomni sobie syfiastym syropku, ku udręce moich wnuków... I tak trwa to od pokoleń;)

czwartek, 6 listopada 2014

Dziecko w naprawie.

Babcia to osobnik z wszech miar szkodliwy. Należy izolować ją od potomka, aby ograniczyć zły wpływ. Wystarczy kilka dni pod kochającym okiem babci, aby ułożony i grzeczny dzieciak zmienił się w rozwrzeszczaną, roszczeniową mamałygę. Z cukrzycą, na dokładkę. Trzy dni babcinego cmokania i kochania, a także "no toż nie bądź flądrą, daj jej ciasteczko". Mało? Dorzućcie jeszcze ciocię Bodenkę, która nakarmi "samolocikiem" i obsypie prezentami, wujka Ksyśka, który o ósmej rano w te pędy poleci po baterie i brokat ( bo potsebne do blokatującej safy). Mało? A co powiecie na towarzystwo nastoletniej cioci Lulji, która pozwoli sobie nawet na głowę wejść, dla Helkowego uśmiechu? Ha! To nie wszystko! Weźcie jeszcze pod uwagę  Prabcie i Pradziadka, skorych do wychwalania i zasilania różowego portfelika, a także armię wujków i ciotek skłonnych do zabawy w pociąg, kiedy tylko mała zgaga wyrazi taką wolę. Tym sposobem stworzyliśmy potwora. Od trzech dni walczę aby naprowadzić córkę na właściwe tory. Łatwo nie jest. Już wiem, co miała na myśli Mumu Ago, kiedy po wakacjach u babci witała nas słowami: już ja was wyprostuję! Czas płynie. Dziś Mumu Ago jest Bacią Gagą- szkodnikiem, psującym całkiem przyzwoite dzieci. Oczywiście, nieporadni rodzice również ponoszą winę. Widok roześmianego dziecka na tyle przytłumił ich instynkt samozachowawczy, że na wszystko wyrażali zgodę. I w ten sposób trzy ostatnie dni spędziłam na ponownym ustalaniu granic i zasad. Niestety, nie obyło się bez frustracji, krzyków (wiem, wstyd mi), i nieprzyjemności. Wreszcie, wczoraj, około południa uniosłam ręce w zwycięskim geście. Oto rogaty stwór został przepędzony, a w jego miejscu stała śliczna Helka. Oczywiśćie, jak to zwykle bywa, życie wyprowadziło mnie z błędu. Tryumf okazał się pochopny. Rogate monstrum wróciło, i to w jakim stylu!
-jeszcze tylko piekarnia, córeczko. 
-dobze, mamo. -odpowiada Helka i staje na progu. To jej miejscówka. Nie wchodzi do piekarni, ponieważ gluten działa na nią również wziewnie. Staje w drzwiach, a matka błyskawicznie wkłada do torby bochenek żytniego na zakwasie i wychodzi z tego niebezpiecznego miejsca najszybciej, jak się da. Tym razem jest jednak trochę inaczej. Kiedy matka odwraca się tyłem do lady, okazuje się, że Helki nie ma na progu. Stoi tuż za drzwiami piekarni. W rękach trzyma kij, sporo dłuższy od niej samej, rozwidlony na końcu. Wymachuje tym ustrojstwem przed nosami dwóch zaskoczonych kobiet, wrzeszcząc zmienionym zachrypniętym głosem: ajaaaaaaa, nie ma psejścia, panie! (przynajmniej nie zapomniała o zwrocie grzecznościowym). Kobiety najpierw patrzą oniemiałe, po chwili zaczynają mrugać powiekami , po czym wybuchają śmiechem. Oto zostały zaatakowane przez istotę wielkości skrzata ogrodowego. Matka małej kryminalistki powoli zbiera szczękę z chodnika. Bąka jakieś nieskładne przeprosiny, mając nadzieję, że ofiary nie wniosą oskarżenia. Kilka minut później, już w domu przeprowadza poważną rozmowę.
-czy ty chciałaś uderzyć te kobiety?
-nieeee, nie wolno bić!
-to co chciałaś zrobić?
-sestlasyć je i zatsymać, bo w piekalni było jus duzo ludziów.
-przestraszyć? Przecież to było złe. Nie wolno straszyć ludzi. Chciałabyś, żeby ktoś ganiał za tobą z kijem?
-nieee...-mówi Helka, spuszczając oczy. 
-skarbie, to była zła zabawa. Nie chcę, żebyś robiła takie rzeczy. Jesteś grzeczną i miłą dziewczynką.
-seplasam, mamo. Za zachowanie.-odpowiada skruszonym głosem. 
-już dobrze, tylko więcej tak nie rób...a tak właściwie...przestraszyłaś tylko te dwie panie, czy kogoś jeszcze?
W tym momencie skrucha całkowicie znika z twarzyczki Helki, a w jej miejscu pojawia się dumny uśmiech:
-udało mi się jesce sestlasyć kłopcyka i jakąś dziescynkę!

Naprawa potrwa dłużej niż sądziłam...